Nawigacja

Kanał IRC

Serwer: irc.rizon.net
Kanał: #rtt
Zalecane kodowanie: UTF-8
irc://irc.rizon.net/#rtt

Aktualnie online

Gości online: 2

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 305
Najnowszy użytkownik: HejkaTuKredka

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Shoutbox

Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

06-02-2019 20:25
Raczej nie, chyba że uda mi się jeszcze ten jeden ostatni raz obudzić w sobie siódmy zmysł.

01-02-2019 08:38
Ło panie ta strona to jeszcze żyje??? Wiem, ze mieliście MEGA error, ale mam pytanie czy wiecie może coś o napisach do Saint Seiya Saintia Shou. Pojawią się kiedyś tutaj???

04-04-2017 19:23
Ok. Dzięki za odpowiedź.

04-04-2017 18:33
Szlag trafił wiele rzeczy i teraz musimy sobie z tym jakoś poradzić. Za kilka dni oczekuj newsa na stronie.

31-03-2017 20:07
Dobry. Szlag trafił czcionki do waszych napisów. Można się spodziewać zaktualizowania linków do nich?

27-09-2016 20:35
Na nocki za 150% stawki. Samo w sobie oczywiście nie wystarczyłoby, ale dość żeby nie musieć pracować na cały etat. A bardzo możliwe że w tym roku dostanę jeszcze stypendium.

26-09-2016 07:29
Chyba dobrze płatna fuszka, bo 10 tygodni to stosunkowo mało.

26-09-2016 00:33
bywa zaskakujące. Spotkałem w Holandii kuzynkę zaproszoną na dwa tygodnie przez kolegę. Nawet nie wiedziałem, że wyjeżdża. Świat jest mały.

26-09-2016 00:32
Ja tylko na 10 tygodni w wakacje, bo studiuje, a taki wyjazd jest mi w stanie zapewnić możliwość utrzymania się potem przez cały rok akademicki bez zarzynania się. I może wydawać się oczywiste, ale by

20-09-2016 19:59
Sry, nie czytam shoutboxa. Oczywiście, że za pracą, a dokładniej to za pieniędzmi, bo praca to jedynie przykry dodatek. Ja już w ojczyźnie, a jak u ciebie?

Archiwum shoutboksa

KKDD wiosna/lato 2015

Podsumowanie wiosna/lato czas zacząć. Miłej lektury!

Triage X
Link do MALa

Ta seria to duchowy spadkobierca HotD – zombie cyckofestu. Tym razem głównymi bohaterami są zabójcy, którzy wycinają nowotwory ze zdrowego organizmu społeczeństwa. A czymże to czynią? Bronią białą oraz palną. Modele giwer są dość dobrze odwzorowane, więc czepiał się nie będę. W mandze wyglądało to trochę lepiej, ale wiadomo, animacja kosztuje i dodatkowo nikt nie spodziewał się kokosów po tej produkcji, co zaowocowało dość małym budżetem. A teraz czas na gwoździa programu, a mianowicie cycki. Tych jest tutaj od zatrzęsienia i to w różnej maści. Kreska mangaki jest dość specyficzna i nie trudną ją rozpoznać. Lecz najbardziej znany jest z malowania kobiecych okrągłości, które wypacza w bardzo specyficzny sposób, dając życie monstrualnym cyckom. Fanserwis wylewa się drzwiami i oknami , praktycznie zatapiając biednego widza nie przygotowanego na niezapowiedziany przypływ. Co zabawniejsze, w samym świecie przedstawionym w anime przesadne cycki i skąpe ubiory bohaterek nikogo nie dziwią (taka kultura). W pewnym sensie można to uznać za groteskę i się szczególnie nie przejmować. Gdy odejmiemy elementy fanserwisowe, co pozostaje? Zdaje się, że fabuła. Ta jest dość prostolinijna i epizodyczna. Czytając mangę wydawała mi się o dziwo głupsza, niż gdy oglądałem anime. Niemniej to wymuszona pochwała z mojej strony. Powiem tak, jeśli jesteś z cyckami za pan brat, oglądnij sobie. Nie licz jednak na harem ecchi, gdyż to kompletnie co innego. Nagość jest tutaj pewnym zabiegiem estetycznym przedstawienia świata, nie zaś podtekstem seksualnym wywołującym rumieniec na licach bohaterów. Możliwe, że jestem dla tej serii zbyt pobłażliwy, ale wiecie, pierwszy tytuł w moim kąciku i na dodatek to anime na podstawie mangi faceta, który stworzył HotD – bajkę będącą debiutem mojej grupy fansubberskiej na ANSI.

Assassination Classroom
Link do MALa

Bardzo nierówna seria o nikłej wartości dla starszego oglądacza bajek. To adaptacja mangi wydawanej w Shounen Jumpie – czyli tygodniku dla dzieciaków. Samo te przekreśliło ten tytuł w moich oczach. Nawet trochę się nim zaintrygowałem swojego czasu i przejrzałem dwa rozdziały, bo sama nazwa "Klasa zabójców" nosiła znamiona czegoś interesującego. Cóż mogę powiedzieć po zakończeniu seansu? Że nie spodziewałem się tutaj niczego ponad shounena i niestety tyle otrzymałem. Choć cały czas w tle przewija się motyw zabójców i zabijania, dzieciaki nie przekraczają magicznej granicy, jaką jest odebranie życia. Mimo że czasami muszą nieźle się namęczyć, by ujść w jednym kawałku z opresji, zawsze wybierają metody mniej inwazyjne. Cóż z tego, że szkolą ich najlepsi zabójcy na świecie, skoro ci nic sobie z tego nie robią. W ogóle ten dysonans czasem jest zwyczajnie irytujący. Po kilku moralizujących banialukach byłem już pewny, że śmierci na ekranie nie uświadczę. Ale pozostaje pytanie. Po jaką cholerę ci profesjonalni hitmani są przedstawieni w bajce jako mili ludzie, skoro twórcy wmawiają nam, że mordowanie jest złe? Pomieszanie z poplątaniem. Za bardzo się rozpisałem o bzdetach i zapomniałem o najważniejszej rzeczy, a mianowicie kreaturze potrafiącej niszczyć ciała niebieskie. Tak, moi drodzy. Te wszystkie szkolenia na zabójców to nie jakiś tam kolejny z kolei głupi wymysł Japońców (znaczy głupi, ale nie dla samej istoty szkolenia na zabójców), tylko zmysł przetrwania ludzkiej rasy. Kreatura chce zniszczyć Ziemię i daje ludzkości czas na to, by ją uśmiercić. A na swoich nemesis nie wybiera nikogo innego jak licealistów. Taaak... Wstydź się czytelniku, jeśli spodziewałeś się czegoś innego po shounenie. Postaci jest masa, akcja pędzi wartko do przodu, gagów jest tutaj od zatrzęsienia. Gdzieś od połowy serii lekko się zainteresowałem fabułą, ale zakończenie było jak plaskacz w mordę. Spodziewałem się czegoś bardziej poważnego i brutalnego. Wiecie, sam fakt, że zapomniałem, że to shounen, to wielki plus dla tej serii. Komu więc polecę? Fanom mordobić, bo nikomu innemu.

Gunslinger Stratos: The Animation
Link do MALa

Dość typowa bajka, w której bohaterowie przez przypadek wplątują się w bitwę między dwoma tajemnymi organizacjami. Z tego też powodu muszą wstąpić w szeregi jednej z nich i bronić ludzkości przed zniszczeniem. Jakież to niezwykle odkrywcze ze strony Azjatów, że wymyślili taką fabułę. Walki z przedziwnym orężem, kolorowe lasery, bitewne ubrania wyglądające niczym koszmar projektanta mody, tajemnicze moce, podróże w czasie i wiele więcej. Na szczęście do gara nie wrzucono jeszcze szkoły, bo chyba bym oszalał. Więcej nie ma tutaj do dodania. Kolejny miszmasz wielu pomysłów, które w ogóle do siebie nie pasują. Nie wiem, kto zaakceptował taki scenariusz, ale powinien wylecieć z roboty na zbity pysk. W zasadzie z całej serii podobała mi się jedynie końcówka ostatniego odcinka, czyli jakaś 1 minuta przed napisami. Komu polecę? Słabe to było i nieciekawe, więc najlepiej nikomu, ale jeśli muszę na siłę, to znudzonym animefanom, którzy mają chwilę wolnego i nie wiedzą, co z nim począć. Możecie się spodziewać odrobiny strzelania, alternatywnych rzeczywistości oraz podróży w czasie. Aha, a w tle nawet jakiś związek damsko męski zakwitnie (sic!).

High School DxD BorN
Link do MALa

Ech, jestem już za stary na takie serie. Kiedyś, gdy premierę miał sezon pierwszy, oglądało się to nieźle. Ciężko mówić tutaj o jakimkolwiek powiewie świeżości w gatunku cyckofestu, ale na pewno seria wyróżniała się czymś spośród innych. Teraz mniej więcej mogę to określić. Chodziło o tak zwany "syndrom podbudowy". Często jest tak, że autorzy/scenarzyści bardzo się starają przy wstępie do świata czyli tak zwanej podbudowie. Widz zalewany ciekawymi informacjami, chłonie wszystko jak gąbka, nie zastanawiając się szczególnie na szczegółami. Coraz to nowi bohaterowie, nowe sytuacje i inne interesujące rzeczy. Szkoda, że seria słabo przeszła do mięsa właściwego. Bo co w zasadzie zostało z tej bajki? Jeden bohater, którego otacza potworna gromada dziewuszek i bezsensowy fanserwis. Fabuła z sezonu na sezon wydaje się coraz głupsza i bardziej chaotyczna. Schemat leci tak: wpierw mamy sielankę z cyckami, potem wprowadzenie do akcji z cyckami, potem walkę z cyckami, zwykle jakiś level up z cyckami, a na końcu główny bohater ratuje dziewuszkę z rąk jakiegoś nikczemnika, która zwykle jest naga (czyli znowu cycki), i schemat zatacza koło. To już trzeci sezon, więc widać to najbardziej. Dodatkowo nie liczcie na zgon kogokolwiek, bo jeśli tak sygnalizują wam scenarzyści, to na pewną łżą. Ile można tak kłamać?! Chyba myślący widz nie da się na to nabrać po raz setny. Komu więc polecę? Fanom poprzedniczek oraz bezmyślnego ecchi z bezwstydnymi bohaterkami i fabułą... przepraszam, brakiem fabuły.

JoJo no Kimyou na Bouken: Stardust Crusaders 2nd Season
Link do MALa

Jojo to relikt przeszłości zaszczepiony do naszej rzeczywistości bez narkozy i leków immunosupresyjnych. Jego odbiór może wywoływać tylko dwie skrajne reakcje: miłość albo nienawiść. Moje emocje związane z tą sagą są znacząco różne w zależności do sezonu. Pierwszy był interesujący, drugi trochę mniej, a trzeci gdzieś pomiędzy. To staroszkolna siekanka z masą krwi, ucinanych kończyn, męskich łez, karykaturalnych postaci oraz absurdalnych sytuacji. Nic tutaj nie jest logiczne, a takowe tylko udaje. Często zdarza się, że nagina naukę do własnych potrzeb, by walki były bardziej interesujące. Zewsząd również wylewa się dość specyficzny humor sytuacyjny. Postaci kobiecych ci tutaj jak na lekarstwo, bo jest znakiem rozpoznawczym ubiegłej epoki. Nie przeszkadzało mi to w ogóle, a nawet dało miły powiew świeżości. Nie uświadczycie tutaj bezsensowych cycków i majtek. Za to będziecie mogli podziwiać masywną muskulaturę bohaterów, rzadko toples, głównie w ubraniach. Fabuła to tylko taka szczypta pikanterii do walk, które są czasami dość przegadane i oparte na taktyce (o dziwo). W zasadzie ciężko tutaj więcej nie napisać, nie spojlerując. Powiem tak, polecam wszystkim fanom starszych serii oraz klimatu ubiegłej epoki. Średnia na MAL sugeruje, że wielu ludzi się zachwyciło tym powrotem do przeszłości, więc ciebie, drogi czytelniku, też może się spodoba. Oczywiście zainteresowanym polecam obejrzeć od samego początku.

Punch Line
Link do MALa

Jedna z ciekawszych rzeczy, jakie ostatnio widziałem. Kolejny raz nikt prochu nie odkrył, ale mieszanka okazała się niezwykle wybuchowa. Bardzo nie podobały mi się debilne wstawki ecchi, które w zasadzie nic nie wnosiły. To właśnie przez nie początkowe odcinki wydawały się bardzo zniechęcające i można powiedzieć, że prawie przekreśliły bajkę w moich oczach. Na szczęście dałem jej kolejną szansę i się nie zawiodłem. Gdybym miał zamknąć Punch Line w ciasnych szablonach, powiedziałbym, że to przygodówka, ale odpowiedź nie jest łatwa, gdyż autorzy postarali się o miszmasz. Początek śmierdzi głupkowatym ecchi z powodu kadrowania majtek i krwotoków śluzówki głównego bohatera. Potem nagle scenarzyści uderzają widza w ryj i kompletnie nie wiadomo, co się dzieje. To z kolei podśmierduje szaloną komedią. Jednak potem dzieje się coś niesamowitego, bo pojawia się tajemnica do rozwikłania oraz podróże w czasie. A jakby tego było mało, naszym oczom ukazują się regularne walki a nawet drama. Anime zrzuca skórę podczas seansu kilkukrotnie i nieźle potrafi zdziwić niczego nie spodziewającego się widza. Mógłbym rzucić kilkoma mind-fuckami, ale pewnie odebrałbym radość tym, którzy nie obejrzeli. Fabułę muszę pochwalić, gdyż mnie zainteresowała do tego stopnia, że ostatnie odcinki zobaczyłem z przyjemnością. Oczywiście, nie ustrzeżono się typowego japońskiej kupy w postaci superbohaterów w fikuśnych kombinezonach, mechów oraz irytującej gamy żeńskich postaci. Do tego te nieszczęsne ecchi i brzydka kreska dopełniają obrazu średniaczka z ciekawym pomysłem. Z bajki emanuje niewykorzystany potencjał. Cóż, mówi się trudno. Pozycja na pewno warta oglądnięcia jeśli ma się chwilę czasu i dobry humor. Moja rada: nie warto sugerować się pierwszymi odcinkami, uwierzcie mi, potem jest lepiej.

Mahou Shoujo Lyrical Nanoha ViVid
Link do MALa

Piszę o tej serii tylko z kronikarskiej powinności, gdyż poprzedniczki oglądało się przyzwoicie. Rzekłbym nawet, że Nanoha to jedna z najciekawszych serii o czarodziejkach obok Madoki. Przynajmniej do momentu pojawienia się tegoż paszkwilu. Ale do rzeczy. Korzenie bajki wywodzą się z bitek i to dość konkretnych. Niby zwykłe czarodziejki, ale przywalić potrafią. Ich bronie też były dość specyficzne – bo gadające w różnych jeżykach mechanizmy. Lecz z perspektywy tejże odsłony warto wspomnieć o innym ważnym elemencie, a mianowicie wrogach. Tutaj takowych nie ma. Pojawia się wywołujący nudności slice of life, którego nienawidzę ponad wszystko. Żadnego zagrożenia życia bohaterek albo walki o cokolwiek, tylko nudna jak flaki z olejem normalność (jeśli rzecz jasna dziewczynki strzelające laserami są normalne). No ale twórcy nie mogli odejść od rdzenia serii – walek. Więc co zrobiono? Turniej dziewuszek. No ba. Tyle że mnie to nie obchodzi, bo kompletnie nic nie sugeruje żadnego zwrotu akcji w kierunku starcia dobra i zła. Ot taki sobie turniejek dla zabicia nudy szkolnego życia. Cóż więcej dodać... Polecam fanom poprzedniczek, choć moim zdaniem dwa poziomy gorsza odsłona do reszty.

Ren-Kan!
Link do MALa

Głupiutka seria o grupce przyjaciół oraz ich przygodach z duchami. Motyw powielany już po wielekroć, ale tym razem kompletnie bez polotu. Brak tutaj poważniejszych wątków albo większego szaleństwa. Bo w takiej formie seria wydaje się zwyczajnie miałka. Nic się tutaj nie dzieje przez większość czasu. No niby pojawiają się te duchy, ale te są prawie zawsze miłe i brak u nich cech negatywnych. Co tu owijać w bawełnę, to okruchy życia ze szczyptą supernaciural. Naprawdę ciężko mi napisać cokolwiek odkrywczego, dlatego zakończę. Komu polecę? Fanom historii o duchach oraz szkolnego slice-of-life. Bo nic konkretnego się tutaj nie dzieje. Czy to dobrze? Oceńcie sami.

Nisekoi:
Link do MALa

Co tu dużo mówić, bajka jakich wiele o tematyce powielonej do znudzenia. Nie ma w niej niczego, co mogłoby być powiewem świeżości, a nawet choćby dawało jej złudzenie. Harem to sztampowy i płytki, bo na kilometr śmierdzi brakiem konkluzji, a zamiast niej pojawia się więcej bohaterek. Najciekawszy odcinek w całym sezonie był o koledze głównego bohatera, a to daje dość wyraźny obraz całości. Całe szczęście, że nie bombarduje się widzów bezmyślnym ecchi, bo to pewnie obrzydziłoby mi bajkę totalnie. A Shaft potrafi, oj potrafi. Kontynuacja to solidna, po trzyma poziom poprzedniczki. Graficznie jest atrakcyjnie dla oka, bo Shaft nie szczędzi na animacyje. Ucho mnie nie szczypało, więc i muzyka była zjadliwa – nic z niej nie pamiętam (nie liczę op i ed), a to plus. Fabuła kuleje potwornie, bo nie ma w niej wiele do opowiedzenia. Zafundowano nam jednoepizodowe wyskoki nakierowane na poszczególną bohaterkę, które oczywiście kończą się miałkim brakiem konkluzji i niechętnym posunięciem relacji między bohaterami do przodu. Nerwy mi puściły, jak Shaft postanowił uraczyć fanów parodią Madoki z bohaterami z Niesekoi. Okazało się to adaptacją spinoffa mangi, który jakimś cudem już się narodził. Cóż, takie mamy czasy. Sam nadziałem się na podłego spinoffa z czarodziejkami w mej karierze tłumacza i cierpię katusze po dziś dzień. Komu więc polecę? Fanom jedynki oraz miłośnikom haremów bez konkluzji.

Yamada-kun to 7-nin no Majo (TV)
Link do MALa

Przedziwna seria, która potwornie mnie zniesmaczyła na początku, a potem okazała się jakby zjadliwa. Powiem tak, nie sugerujcie się tytułem, bo ja spodziewałem się czegoś kompletnie innego i byłem zawiedziony. Główne atuty tej bajki to tajemnice, które zaczynamy odkrywać tak naprawdę dopiero od piątego odcinka. Wcześniej raczy się widza jakimś przedziwnym komedio-absurdem ze zamianą ciał jako głównym punktem tegoż widowiska. Jest to słabe, ujmując sprawę łagodnie. Do tego zdziwiło mnie, że bohaterowie bez żadnego wahania ani głosu sprzeciwu (może lekkiego) łamią tabu "całowania". I to nie tylko chłopak i dziewczyna oraz dziewczyna i dziewczyna, a również (o grozo) chłopak i chłopak. Przeraziłem się po kilku odcinkach, że mi to nie przeszkadza mimo swojego konserwatywnego usposobienia – anime pierze mózg. Ale jakby ominąć wszystkie pedalskie wstawki oraz całowanie, co nam zostaje? Taki trochę pokręcony harem, gdzie chyba tylko dwie bohaterki czują do głównego faceta coś poważniejszego i paradoksalnie nie cisną się w jego objęcia. Schemat leci tak: nowa historyjka, nowe magiczne moce i nowe dziewuszki do koszyczka – oczywiście każda z nich ma jakiś problem, bo jakżeby inaczej dałoby się tak szybko rozkochać w sobie samiczkę, jak nie pomagając jej poskromić trapiące ją demony. Banał. Ale mimo tego pozornie głupkowatego motywu, to poznawanie tajemnic trochę mnie uwiodło. Może dlatego, bo się kompletnie czegoś takiego nie spodziewałem? Trudno ocenić. Od razu zaznaczam, że z wierzchu seria to typowa szkolna kupa, gdzie dorośli ludzie (głównie nauczyciele) kompletnie nie interesują się patologiami dziejącymi się w placówce nauczania. Ja myślę, że japoński rząd dawno wysłałby by tam swoją bezpiekę, by infiltrowała te wszystkie paranormalne zjawiska i łapała dzieciaków z supermocami do zamkniętych placówek militarnych. No ale nie wymagajmy zbyt dużo od płytkiej rozrywki dla mas z etykietką "made in Japan". Komu polecę więc? Fanom szkolnym pseudoromanso-komedio-przygód okraszonych szczyptą magii...? Bo chyba tak to można zgrabnie streścić. Powiem tak, mi się trochę podobało, ale wiem, że to moje dziwne zboczenie, dlatego nie sugerujcie się moja opinią. Peace.

Dungeon ni Deai wo Motomeru no wa Machigatteiru Darou ka
Link do MALa

Ta bajka to pomieszanie z poplątaniem. Z jednej strony akcja rozgrywa się w świecie fantasy, z drugiej jednak w tym świecie bohaterowie posiadają skille, wbijają levele, tworzą gildie, penetrują dungeony itp. Czyli widzicie, jakby koncept MMO wzięty żywcem do świata fabularnego. Gra bez gry w pewnym sensie. No ale Japońcy mają takie nieszablonowe pomysły, więc trudno się dziwić. Niemniej ja jako człek lubujący się w realizmie byłem dość sceptycznie nastawiony do tej idei. I przyznaję po seansie, że dalej mi się nie podoba, bo wprowadza zbędną sztuczność i dysonans poznawczy. Jakby tego było mało, to główny głos męski należy do Kirito z SAO, czyli nawet po samym głosie nie potrafię odrzucić od siebie niemiłych skojarzeń. No ale dobra, pierwsze głupoty za płoty. Co dalej? Sztampowa tandeta w postaci cycków oraz przypadkowych potknięć kończących się macaniem czy inną bzdurą. To się sprzedaje, więc trudno, jakoś to zdzierżę. Lecz to tyko smaczki dla pojebów z kraju kwitnącej czereśni, mięso główne to aspekt przygodowy z eksploracją loszków na pierwszym planie. To właśnie tam dzieją się rzeczy, które mogą się podobać. Wtedy głupkowaty klimat trochę opada i do historii wkrada się nawet odrobina dramy i powagi. Kilka zgonów nawet doświadczamy, co się chwali. Gdybym miał opisać ten aspekt bajki w krótkich żołnierskich słowach, powiedziałbym tak: levelowanie postaci. Bo w zasadzie do tego się to sprowadza. Jeśli ktoś grał w jakiekolwiek MMO, wie, o co chodzi. Zabijanie potworów, zbieranie pieniędzy na nowy sprzęt, poznawanie ludzi, zbieranie drużyny, krafcenie przedmiotów i ogólnie dobra zabawa. To ma miejsce na ekranie. Jakby tego było mało, autorzy wcisnęli jeszcze wątki z greckimi bóstwami. Moim skromnym zdaniem tylko po to, by raczyć widza żeńskimi wersjami bogów z masywnymi cyckami. No ale nie wnikam. W ostatnim odcinku zamigotał jakiś wątek, który mógłby trochę pociągnąć te historię do przodu – no i dobrze. Komu polecę? Fanom serii fantasy z humorem, cyckami, dobrą przygodą oraz odwoływaniami do MMO.

Grisaia no Rakuen
Link do MALa

Nieczęsto się zdarza, że sequel przewyższa swój pierwowzór. W tym przypadku tak się właśnie stało i gdy się nad tym trochę zastanowić, wydaje się to dość oczywiste z kilku prostych powodów. Adaptacja bardzo długiej gry VN w 13 odcinkach? Zły pomysł. A tak właśnie było przy Grisaia no Kajitsu, a nie można zapominać o wyborach. Materiał źródłowy przy kontynuacji był znacznie mniej obszerny i do tego bardziej spójny i konkretny. Oczywiście, ktoś obeznany w temacie powie, że profanacją było ubicie całej gry do 40-minutowego specjala, ale oglądało się go przyjemnie, czego niestety nie mogę powiedzieć o części pierwszej. No ale dobra, dosyć tych wstępnych dywagacji. Historie są ze sobą bezpośrednio połączone, więc oglądanie ich po sobie ma sens i jest rekomendowane. Ale do sedna, w czym lepsze są sequele? W tym, że zamiast zamęczać widza głupimi dziewuszkami, skupiają się przeszłości głównego bohatera, która jest ciekawa. W końcu rzadko widuje się w bajkach zabijakę po wyszkoleniu wojskowym. To był strzał w dziesiątkę, tym bardziej, że zafundowano widzowi dość drastyczne sceny, które robią wrażenie. Oczywiście nie ma róży bez kolców, bo bańka pęka w momencie, gdy rozpoczyna się akcja w "teraźniejszości". Wtedy znowu musimy oglądać głupkowate dziewuszki oraz ich nieporadność. Oczywiście, jakoś sobie radzą, ale ja tego nie kupuję. No i pojawią się też różnego rodzaju profanacje jak różowa wersja karabinu wyborowego Berett M107, które kalają me oczy. No ale jakoś zdołałem dotrwać do końca z resztkami dobrego wrażenia. Końcówka jest taka, jak sobie wyobrażałem. Może nie tak mroczna jak reszta historii, ale powiedzmy, że satysfakcjonuje.
A teraz spojler!
Wyczytałem na necie, że w anime nie ujęto orgii, jaka miała miejsce właśnie w zakończeniu. Sama orgia to pikuś w porównaniu z tym, co miało miejsce potem. A mianowicie jedna z bohaterek (ta najgłupsza) się nie zabezpieczyła i zaszła w ciążę. I w taki oto sposób wesoła gromadka się powiększyła o dzidziusia. To byłaby dopiero kropka nad i, gdyby coś takiego zostało ujęte w serii TV.
Koniec spojlera!
W takim razie komu polecę? Na pewno fanom poprzedniczki, bo bez prequela ani rusz. Niemniej seria znacznie go przewyższa pod praktycznie każdym względem, więc mógłbym polecić również innym ludziom, bo warto się przemęczyć przez pierwsze 13 odcinków, by dotrzeć do mięsa głównego.

Hibike! Euphonium
Link do MALa

Kyoto Aniamtion kolejny raz raczy nas swoim dziełem. Dla jednych będzie to błogosławieństwo, a dla drugich nudna konieczność (jeśli oczywiście nie zleją tego tytułu). A jak jest w moim przypadku? Jestem srogo rozczarowany. W sumie nie wiem, skąd się u mnie wzięły jakiekolwiek oczekiwania, bo po dłużej analizie odkryłem, że ostatnio niczym ciekawym mnie to studio nie uraczyło. No ale cóż, stało się. Fabularnie ta seria to słabizna. Większość bohaterów jest irytująca i kłuje oczy swoim idiotyzmem. A seria bynajmniej nie jest komedią, gdyż wpisuje się w prąd bajek muzycznych. KyoAni ma już na swoim koncie potworka o muzyce i zwie się Kejon, więc głupio byłoby zrobić coś na to samo kopyto. Więc tym razem poszli w zawiłe relacje międzyludzkie. Tyle że dziewuszki o zrytych beretach potwornie wkurzają zamiast fascynować. Aż się prosiło, żeby sypnąć do tej dziwnej mikstury szczyptę romansu, ale nie. Zamiast tego kalają me oczy lesbijstwem – tak, dobrze czytanie. WTF. Akurat za to nie mogę winić KyoAni, bo scenariusz powstał na bazie książki – ale nikt ich nie zmuszał, żeby ją wybrali! Oglądało mi się to potwornie. Pochwalić jedynie mogę otoczkę, bo ta wydaje się dość realistyczna. Instrumenty, treningi, wylany pot i zły. Za to jedna rzecz naprawdę jest już znakiem rozpoznawczym wszystkich bajek z tej stajni. Część wizualna. Animacje są płynne, tła ładne, design postaci specyficzny (nie przepadam) lecz dokładny a post processing użyty z głową – nad nim mógłbym się rozpływać z racji swojego hobby. Albo przy ich poprzedniej produkcji byłem ślepy, albo umiejętności poszły ich montażystom w górę. Dostrzegłem masę efekciarskich wodotrysków jak: flary świetlne, rozmycie soczewkowe, aberrację chromatyczną, zanieczyszczenia obiektywu i wiele innych. Za ten aspekt owacje na stojąco z mej strony, bo w żadnej innej bajce czegoś takiego nie widziałem. Komu więc polecę? Fanbojom KyoAni, ludziom z zamiłowaniem do serii muzycznych oraz wizualnym purystom. Dla reszty populacji to zwykła kicha.

Sidonia no Kishi: Daikyuu Wakusei Seneki
Link do MALa

Moi skromnym zdaniem jedna z lepszych serii, jakie wyszły w tym roku, jednak do ideału jej wiele brakuje. To wyraźny znak, że z bajkami jest ostatnio źle. Ludzie są coraz głupsi i poszukują w ulubionych japońskich kreskówkach coraz prymitywniejszych doznań. I cóż to poradzić, że autorzy dopasowują się do zapotrzebowania rynku. To właśnie największa wada Sidonii. Dobrze wiem, że Nihei potrafi tworzyć takie arcydzieła jak Blame!, stąd też nie dziwi mnie dość ciekawa koncepcja świata przedstawionego. Szkoda tylko, że mistrz cyberpunku wplótł tutaj dzieciaczki w mechach, miałki romans oraz humor sytuacyjny w postaci bicia po mordzie głównego bohatera, gdy ten zobaczy majtki którejś z bohaterek. Za cholerę nie wiem, komu takie coś się podoba, ale cóż, muszę z tym jakoś żyć. Możliwe nawet, że dzięki temu manga otrzymała anime. Więc z dwojga złego niech już zostanie jak jest. Ubolewać będę dalej, ale teraz po cichu. Historia zaczyna się tam, gdzie się wcześniej skończyła, czyli mamy do czynienia z bezpośrednią kontynuacją. W tym sezonie wreszcie pojawia się legendarny kosmiczny fiut, o którym wspominałem przy okazji sezonu pierwszego. Niehei do dowcipniś, dlategoż nic tak nie pasuje do haremu jak wielka pała z mackami. Już śpieszę z tłumaczeniem. Może i wspomniałem, że w serii występują wątki romansowo-haremowe, ale nic bardziej mylnego. To nie to, co znacie z innych bajek. Tutaj jest tak: wpierw pojawia się normalna dziewuszka, ale zdycha i przejmują ją obcy, zamieniając w swojego żołnierza. Potem mamy obojnaka, któryżto nie posiadał płci aż do tego sezonu, i nagle stał się dziewczynką. I na koniec petarda – hybryda ludzkiego dna z obcym w postaci ogromnej kreatury mierzącej kilkadziesiąt metrów. I żeby pomieścić ją w haremie, należało wymyślić, jak się ma porozumiewać z innymi postaciami. I tak ktoś wpadł na pomysł, że genialnie będzie podarować jej gigantycznego fiuta, którym będzie mogła podpełzać do wybranka jej serduszka. Polecam zobaczyć, bo pomysł jest przezabawny. Opisywać fabuły nie będę, bo nie od tego jest ten kącik. Historia leci dość zgrabnie, choć mało tutaj zgonów. Coś się jednak kroi w cieniu i zapewne doczekamy się kontynuacji, mimo że zakończenie zostało tak poprowadzone, by stanowić samodzielną całość, gdyby coś poszło nie tak. Komu polecę? Fanom ciekawego sci-fi, mechów oraz lekkiego cuberpunku.

Owari no Seraph
Link do MALa

Nie wiem, co o tej serii myśleć. Z jednej strony nieźle się ją oglądało, lecz z drugiej miała kilka irytujących aspektów. Z kolei internetowi specjaliści mieszają ją z błotem, co odrobinę mnie dziwi. Nawet taka średnia na MAL pozostawia wiele do życzenia. Jakbym miał to komuś polecić, to taki ktoś zerknie na opinie w sieci i popuka się w czoło, że proponuję mu oglądanie jakiejś szmiry. O czym w zasadzie ta seria jest? Nic odkrywczego, o walce ludzkości z rasą najeźdźców, jaką są w tym przypadku wampiry. Pomysł niezbyt oryginalny, a powiedziałbym nawet, że oklepany. Niemniej kilka rzeczy jest interesujących. Nie pamiętam, by gdzie indziej wampiry doprowadziły ludzkość do wyniszczenia na taką skalę, jak mamy to tutaj. Ludzie dorośli zostali wytępieni w ogromnych ilościach, a przy życiu pozostały jedynie dzieci, których zadaniem jest zaopatrywać krwiopijców w pożywienie. To mniej więcej powód, dlaczego na ekranie pałęta się tyle nieletnich i to właśnie oni muszą walczyć z wampirami. Ach, ci Japończycy, musieli wyrżnąć dużą część populacji, by usprawiedliwić dzieci w wojsku. No ale dobra. Co dalej? Ludzkość jakoś musi się przeciwstawić bestiom, ale jak to uczynić? W końcu śmiertelnicy są słabi, a walka bronią konwencjonalną nie byłaby cool. Chwila, skoro w tym świecie istnieją wampiry, to może istnieją też inne dziwactwa? Powiedzmy... duchy? A może demony? Bingo. Jakież to logicznie, że do walki z bestiami trzeba samemu zawrzeć pakt z bestią. I tak oto ludzie korzystają z mocy demonów do walki z krwiopijcami. Logika. No i nie można zapomnieć o szkole, która pojawia się tutaj niczym wysypka po stosunku bez zabepzieczenia. Człowiek myśli: "po co?". Na szczęście to tylko kilka początkowych odcinków, potem seria skupia się na bitce. Dziewuszek na szczęście nie jest tutaj za wiele, więc i okazji do głupkowatego ecchi również. Uff. To na plus. Kreska jest taka se, trochę za wielkie gały, jak na mój gust. Za to muzyka mnie zaintrygowała, bo opening bardzo fanie się słucha, a ending również jest niczego sobie. Brak tutaj typowego japońskiego zawodzenia w tle. Cóż mogę więcej napisać...? Paradoksalnie też trochę zaorałem tę bajkę, ale taka widocznie jej specyfika. Mimo tego bardzo fajnie mi się ja oglądało. Nie warto się nad czymkolwiek zastanawiać, wystarczy, że otworzymy szeroko oczy i pozwolimy historii się toczyć. Tyle ode mnie w zasadzie. Komu polecę? Lubującym się w wampirach, walkach na broń białą, klimatach apokaliptycznych oraz szeroko pojętej przygodzie.

Yahari Ore no Seishun Love Comedy wa Machigatteiru. Zoku
Link do MALa

Kolejny raz boleśnie się przekonałem, że wszystko rządzi się swoimi prawami i pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się przeskoczyć. Swojego czasu byłem zauroczony tą serią, gdyż łamała wszelki kanon gatunku szkolnych komedio-romansów. Praktycznie to nie było w niej ani komedii, ani romansu, a ciekawe życie chłopaka wyalienowanego od całego świata. Oczywiście, było wiadomo, że skoro my – widzowie, jesteśmy świadkiem jego historii, wydarzy się w niej coś nietypowego, co zapewne będzie miało związek z płcią przeciwną. Tak się stało, ale było to wyśmienicie rozplanowane, bo szorstka natura naszego herosa dodawała pikanterii wszystkiemu, czego się tknął. Końcówka pierwszego sezonu to prawdziwy majstersztyk, gdzie nienawidzą go wszyscy. Serce mi rosło, że facet był wierny swoim ideałom do cierpkiego końca. W końcu nie zawsze wszyscy muszą kończyć życie happy endem. Poza tym przypominały mi to moje niektóre decyzje, jakie sam podjąłem, więc rozumiecie... Jak tu mu nie kibicować? Niestety między wierszami dostrzegłem to, czego dostrzegać nie chciałem, a mianowicie jego dobre serce. Tak już się utarło w japońskich bajkach, bohaterzy mogą nie być nieskazitelnie bali, ale ostatecznie podejmują słuszne decyzje. W tym przypadku niestety też się tak dzieje, na co byłem mentalnie przygotowany. Czy drugi sezon jest lepszy od pierwszego? Zależy. Bo gdybym miał odpowiedzieć z ręką na sercu, odrzekłbym, że nie. Główny heros zmiękł niesamowicie i tylko na początku trzyma stary poziom. Może jego zdolności analityczne dalej są równie przenikliwe, ale zgubił gdzieś cyniczny pazur. Do tego dochodzi sztuczna drama i targanie emocjami widza. Raz przyjaźń głównych bohaterów wisi na włosku, raz wszystko jest w porządku, potem znowu coś się psuje, ale to naprawiają... i tak w kółko. Nie wiem, co to miało na celu, bo przez to główny bohater robi z siebie trochę ciotę. I ta sinusoida trwa do samego końca serii, odsłaniając przy okazji kilka dodatkowych warstw postaci pobocznych, dzięki czemu możemy je lepiej poznać. Końcówka natomiast to jakiś koszmar dla widza, bo postacie poddają się ciężkiej do zrozumienia psychoanalizie, która pachnie na kilometr rychłym końcem serii. I co otrzymujemy? Kupę niezrozumiałych decyzji postaci i gigantyczny cliffhanger. Powrócę do wcześniejszego pytania. Czy drugi sezon jest lepszy od pierwszego? Chyba tylko w aspekcie targania za serce nieprzygotowanego widza. Oprócz tego reszta jest równią pochyłą. Wiem, że główny nie może pozostać samotnym cynikiem do końca, ale spodziewałem się odrobinę więcej. W sumie jestem rozczarowany. I chyba na tym kończę.

Plastic Memories
Link do MALa

Seria, która wzięła mnie z zaskoczenia i to nietęgo. Pierwsze zdziwko, że główny bohater ukończył szkołę i zaczyna pracę – nietypowo. Po drugie akcja dzieje się w przyszłości, gdzie między ludźmi funkcjonują androidy posiadające wysoce zaawansowaną sztuczną inteligencję łudząco przypominającą ludzki umysł. Jakby tego było mało, potrafią odczuwać, żartować, jeść, płakać, złościć się... Ogólnie niczym się nie różnią do swoich twórców. No może poza jednym, że żyją znacznie krócej. I tym właśnie zajmuje się firma, w jakiej najął się główny bohater, odzyskiwaniem androidów od właścicieli zanim upłynie ich data ważności. Fuszka niby łatwa i przyjemna, lecz okazuje się, że androidy są traktowane jak ludzie, co rodzi duże komplikacje przy ich rozłące z właścicielami. No wyobraźcie sobie, jakby do waszych drzwi zapukał człowiek i oznajmił, że czas oddać waszą drugą połówkę, z którą spędziliście wiele lat, bo tak było napisane w umowie. No kicha. Z tego też powodu pomysł wydaje się wręcz genialny do wykreowania dramatu z egzystencjonalnymi pytaniami w tle. Jednakże Japońcy mieli swoją własną wizję, którą zrealizowali i zaoferowali widzom. To mniej więcej powód, dla którego anime nie ma średniej powyżej ósemki na MAL. Koncept był dobry, ale wykonanie okazało się dziecinne. Dlaczego? Bo odcinki o cięższej tematyce są incydentalne. Głównie karmi się nas wstawkami komediowymi oraz szczeniackim romansem. Wątek androidów nie został poruszony dostatecznie głęboko. Nie wiemy, jak reaguje na nie społeczeństwo i czym one w zasadzie są. Czy one naprawdę potrafią kochać? W jaki sposób działają? To tylko kilka z ważniejszych pytań. W tle pojawiają się również postacie mroczniejsze, lecz te zostały całkowicie odcięte od fabuły. W takim razie z czym zostaje bezradny widz decydujący się na seans Plastic Memories? Komedią romantyczną z lekkim dramatem. Tylko tyle. I może to nie byłoby tragiczne, gdyby oszczędzono nam potwornie dziecinnego zachowania bohaterów, które zwyczajnie psuje imersję. Wiem, wiem, to ma też swój urok, w moim przekonaniu gryzie się to z koncepcją, jaka została nakreślona na samym początku serii. No ale dobra, zapomnijmy o tym. Czy seria jest w ogóle zjadliwa? Moim zdaniem tak, jeśli zaakceptujemy, czym jest i pogrzebiemy wygórowane oczekiwania. Momentami potrafi nawet złapać za serce, bo gdzieś w podświadomości wiemy, że związek głównych bohaterów nie skończy się happy endem. I może to jest najsilniejszy element tej bajki, gdyż skupia się na relacjach bohaterów, nie zaś świecie ich otaczającym. Może i nie wiemy, o co tak naprawdę tutaj chodzi, lecz to nieważne w opowieści o bardzo niewinnej miłości między człowiekiem a maszyną. Może serii pomogłaby dwukrotnie większa liczba odcinków, a może poważniejsze podejście do tematu. Niemniej Plastic Memories jest smakowitym kawałkiem na fanów romansów i tę grupę zawieść nie powinien. Czy polecałbym go komuś jeszcze? Oceńcie sami po przeczytaniu tej notki.

Fate/stay night: Unlimited Blade Works
Link do MALa

Nie mam w zasadzie nic to dodania w tej materii. To Fejt taki, jakiego życzyli sobie fani gry na całym świecie. Powtórzę to po raz wtóry. Wyszukiwanie tutaj kontynuacji F/Z jest co najmniej naiwne, jeśli nie zwyczajnie głupie. A dlaczego? Bo mówimy tutaj dziele, które powstało dużo później i na dodatek autorem był zupełnie kto inny. FSN to szkolna seria akcji z walkami oraz egyzstencjalno-psychyologicznymi rozkminami. Zarzut – za mało walek. A to dlatego, by materiał źródłowy ich nie posiadał. Oczywiście nie mam zamiaru usprawiedliwiać skośnookich ani piętnować prywatne gusta fanów, niemniej argumentacja hejterów jest błędna. "Bo w starym fejcie było jej więcej", "Bo w fejcie zero było jej więcej"... O F/Z już wspomniałem, ale te odniesienia do starego remake’a są co najmniej dziecinne. Jestem święcie przekonany, że nowa odsłona FSN była w każdym aspekcie lepsza od poprzedniczki i to o kilka klas. Komuś może się nie podobać, rozumiem, takie macie gusta, lecz nie ubierajcie tego w jakąś wzniosłą ideologię. Zarzut drugi – za dużo dialogów. No ale czego oczekiwaliście od historii, która ma w sumie ponad 800 000 słów? Co tu dużo pisać, tak to wygląda. Fejta można albo kochać, albo nienawidzić. W jakiej grupie jesteś ty, drogi czytelniku?

I to byłoby na tyle. Sezon niby lepszy w ogólnym rozrachunku od poprzedniego, ale pobita w nim została ilość serii z niewykorzystanym potencjałem, które mimo dobrych koncepcji okazały się średniakami. Nie pozostało nic innego, jak czekać na kolejną porcję bajek. Pozdrawiam i do zobaczenia w krótce.

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Wygenerowano w sekund: 0.08
957,991 unikalne wizyty