Nawigacja

Kanał IRC

Serwer: irc.rizon.net
Kanał: #rtt
Zalecane kodowanie: UTF-8
irc://irc.rizon.net/#rtt

Aktualnie online

Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 305
Najnowszy użytkownik: HejkaTuKredka

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Shoutbox

Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

06-02-2019 20:25
Raczej nie, chyba że uda mi się jeszcze ten jeden ostatni raz obudzić w sobie siódmy zmysł.

01-02-2019 08:38
Ło panie ta strona to jeszcze żyje??? Wiem, ze mieliście MEGA error, ale mam pytanie czy wiecie może coś o napisach do Saint Seiya Saintia Shou. Pojawią się kiedyś tutaj???

04-04-2017 19:23
Ok. Dzięki za odpowiedź.

04-04-2017 18:33
Szlag trafił wiele rzeczy i teraz musimy sobie z tym jakoś poradzić. Za kilka dni oczekuj newsa na stronie.

31-03-2017 20:07
Dobry. Szlag trafił czcionki do waszych napisów. Można się spodziewać zaktualizowania linków do nich?

27-09-2016 20:35
Na nocki za 150% stawki. Samo w sobie oczywiście nie wystarczyłoby, ale dość żeby nie musieć pracować na cały etat. A bardzo możliwe że w tym roku dostanę jeszcze stypendium.

26-09-2016 07:29
Chyba dobrze płatna fuszka, bo 10 tygodni to stosunkowo mało.

26-09-2016 00:33
bywa zaskakujące. Spotkałem w Holandii kuzynkę zaproszoną na dwa tygodnie przez kolegę. Nawet nie wiedziałem, że wyjeżdża. Świat jest mały.

26-09-2016 00:32
Ja tylko na 10 tygodni w wakacje, bo studiuje, a taki wyjazd jest mi w stanie zapewnić możliwość utrzymania się potem przez cały rok akademicki bez zarzynania się. I może wydawać się oczywiste, ale by

20-09-2016 19:59
Sry, nie czytam shoutboxa. Oczywiście, że za pracą, a dokładniej to za pieniędzmi, bo praca to jedynie przykry dodatek. Ja już w ojczyźnie, a jak u ciebie?

Archiwum shoutboksa

KKDD lato/jesień 2015

Podsumowanie lato/jesień czas zacząć. Miłej lektury!

Baby Steps 2nd Season
Link do MALa

Drugi sezon bajki, która twardo stąpa po ziemi w przeciwieństwie do dużej części sportowego peletonu pędzącego ku szczytom abstrakcji. Nie uświadczycie tutaj przedziwnych mocy ani zbyt absurdalnych postaci. Oczywiście, ciężko czasami sobie wyobrazić poziom bohaterów, gdyż animacja to nie to samo, co realne życie. Bym zapomniał, to seria o tenisie ziemnym. Nasz super analityczny bohater dalej brnie w sport, który sobie ukochał za sprawą dziewczyny (sic!). O dziwno pociągnięto nawet wątek romantyczny będący niestety trochę zbyt dziecinny i niewinny, ale powiedzmy, że aż tak to nie przeszkadzało w oglądaniu, bo w sumie główna atrakcja to pojedynki na korcie tenisowym a nie miłosne uniesienia małolatów. Co interesujące, nasz heros pokonuje swoją wybrankę serca w pojedynku, co bardzo mnie zaskoczyło w pozytywnym tego słowa znaczeniu – przynajmniej pokazano tutaj różnicę płci. Niewiele da się napisać, nie spojlerując, dlatego na tym zakończę. Polecam na pewno fanom sportówek i to takich dość realistycznych. Osobie otwartej na takie doznania (mnie) dała masę frajdy, więc warto się skusić. Dla reszty populacji animefanów to pewnie tylko nic nie znacząca seryjka o dziwnie brzmiącym tytule w odmętach Internetu.

Gate: Jieitai Kanochi nite, Kaku Tatakaeri
Link do MALa

Tak, i znowuż japońskie wojsko ratuje świat. Zabawne jednak było to, że przeciwnik okazał się niemiłosiernie mizerny. Pomysł na anime genialny w swojej prostocie. Choć kolejny raz wałkuje się schemat: "świat realny kontra fantastyczny", to tym razem konflikt jest globalny i przybiera dość nieoczekiwany obrót. Ludzie niszczą średniowiecznych, opancerzonych piechurów z przysłowiowym palcem w dupie i postanawiają zrobić "mały" odwet na ich świecie. Tak, jako fan militariów byłem wniebowzięty, gdy moździerze rozgromiły w drobny mak szarżującą konnicę z ogromnej odległości. No ale oczywiście ludzie nie mogli być tymi złymi, bo pewnie fani elfek, dziewuszek ze zwierzęcymi uszkami oraz innych dziwactw pewnie byliby niepocieszeni. Z tego też powodu główni bohaterowie ratują te wszystkie niewinne, słitaśne istotki z rąk macek zua. Ja osobiście wolałbym zobaczyć, jak zrzucają na nie napalm albo największą bombę konwencjonalną, której temperatura wybuchu pozwala wyparować wszystkiemu w promieniu 300 metrów od niej (Father of All Bombs - wygooglujcie). Oczywiście, nie należy zapomnieć o broni nuklearnej, ale to chyba lekka przesada jak na bezbronnych tubylców z mieczami. A może i nie, bo smok okazał się trudnym orzechem do zgryzienia dla karabinów oraz wyrzutni rakiet. Ale potem to nieszczęsne skarżenie radioaktywne... Już wiem, działo szynowe (tak, istnieje)! Metalowy pocisk wystrzeliwany z prędkością 10 machów powinien ostudzić nadpobudliwego gada. Ciekawe, czy poradziłby sobie z gotycką loli z kosą, która to podobno jest nieśmiertelna. Ja w to osobiście wątpię, bo ziemski arsenał jest gotowy by sprostać i temu wyzwaniu. Ale dość moim sadystycznym fantazjom, które ta bajka soczyście rozbudziła i czas przejść do rzeczy. Seria to mieszanina wielu pomysłów, z których tylko niektóre mają swój urok. Im dalej w las tym, więcej biedy i zmarnowanego potencjału – niestety. Wypad na miasto z dziewuszkami? Jest. Gorące źródła? A jakżeby nie. Odrobina fanserwisu? Phi, to pytanie to żart? Niestety pod powłoką "czegoś więcej", jest to, co zwykle – japońska kupa. Niemniej dla tych śmigłowców tnących przestworza wiatrakami między fruwającymi pociskami ze szybkostrzelnego działka wulcan w nuty "Ritt der Walküren" Wagnera jestem w stanie się powstrzymać od dalszego hejtu i zamilknąć w zadumie. Może nie każdy widział Czas Apokalipsy, ale każdy powinien wiedzieć, że jak już zrzynać, to od najlepszych. Nawet się doczytałem w necie, że wyposażenie bajkowych żołnierzy jest bardzo realistyczne i nie odbiega zbytnio od światowych standardów. Ktoś o to zadbał i chyba należy to docenić... chyba. Komu polecę? Na pewno fanom starć: ludzkość kontra świat fantasy. Dla reszty może być to ciekawy eksperyment, splugawiony jednakże trywializmami i japońskimi banialukami przeznaczonymi dla widza masowego. No cóż, chyba już nic na to nie poradzimy...

Joukamachi no Dandelion
Link do MALa

Dobra, czas na szybki wpis, żeby odbębnić tytuł, bo niezbyt przypadł mi do gustu. Co to w zasadzie jest? W wielkim skrócie: spuścizna po królu jebace. Był se król, któremu to nie odpowiadało ani na francuza (do buzi), ani na hiszpana (na cycki), a gumy też nie zakładał, bo niby uczulony na lateks. To natrzaskał dzieciorów w myśl staropolskiego porzekadła: "co rok to prorok". I ta baja jest właśnie o królewskim potomstwie (z prawego łoża - żeby nie było – choć tęczowa paleta włosów dzieci sugerowałby trochę co innego...), które to przygotowuje się do wielkiego wyboru następcy tronu. A że monarchia to nędzna (spuścizna demokratyczna przesłoniła im zmysły), ludność poprzez głosowanie sama wybiera sobie następcę tronu. I tak poznajemy małolatów w wieku od szkolnego do przedszkolnego i staramy się sycić oczęta ich perypetiami. Ale to byłoby nudne, więc do mieszka dosypano szczyptę supermocy, bo wicie rozumicie, królewska krew nosi jakieś obciążenia genetyczne w postaci mutacji pozwalających się teleportować, latać, klonować itp. – całkowicie normalne w tamtejszym świecie. Bajki nie ocenię opisowo na łamach tej notki, gdyż nie czuję się mentalnie na siłach i do tego nie pozwala mi sumienie z racji "syndromu nadpobudliwego palucha na myszce" ("trochę" przeklikałem innymi słowy). Komu więc polecę? Pewnie fanom okruch życia ze znamionami supermocy, bo choć kilka postaci wysuwa się na pierwszy plan, żadna nie przejmuje większości czasu ekranowego, więc jest trochu o wszystkim – czyli o niczym. Ale rzecz jasna Bozia dała wam rozumki, więc zdecydujcie sami, czy macie ochotę Joukamachi no Dandelion.

Classroom☆Crisis
Link do MALa

Kolejna seria do odklepania i zapomnienia. Tym razem mamy do czynienia z czymś dość nietypowym, bo walkach wewnątrzkorporacyjnych oraz politycznych. Oczywiście, jak sugeruje tytuł, gdzieś do tego miszmaszu przypałętała się nieszczęsna szkoła, ale w dość zjadliwej formie, bo wyspecjalizowana w projektowaniu silników rakietowych (takie technikum jakby) – aha, zapomniałem wspomnieć, że to odległa przyszłość. Jak się prezentuje japońska wariacja starć biznesmenów? Nawet przyzwoicie, tylko że dzieci pałętające się w tle przynoszą niesmak w ustach, który trudno zneutralizować. Reasumując, bajka jest nietypowa jak na standardy, ale brakuje w niej pazura i odrobinę bardziej interesującej zakulisowej intrygi. Niemniej jako ciekawostka dla znudzonego życiem starego wyjadacza pornobajek w sam raz do poduchy, bo nieźle się przy tym przysypia.

Denpa Kyoushi
Link do MALa

Dawno nie widziałem takiej biedy z nędzą. I może nie chodzi tutaj aż tak o fabułę, bo ta stoi na jakimś tam japońsko-kiczowatym poziomie, ale o wykonanie. Ta bajka miała chyba budżet, który po pójściu do sklepu wystarczyłby twórcom na jakieś trzy paczki zapałek i loda wodnego. To była bardzo zła decyzja ekonomiczna. Mogli zrobić z tej kasy jeden sezon i tyle, nie na siłę cisnąć 24 odcinki w jakości prac plastycznych dzieci z podstawówki. Nie wiem, co to miało na celu, ale czasami oglądało się to z zażenowaniem. A co do samej historii, to taka tania zrzynka z kultowego GTO na miarę naszych czasów, bo główny bohater to genialny naukowiec, haker, programista i do tego zjeb-otaku. Miało to być cool, ale wyszło jak zawsze. Komu polecę? W tej jakości nikomu, bo za dużo tych odcinków, by marnować swój czas na gniota. Dobra, kolejna bajka odfajkowana.

Danchigai
Link do MALa

Króciutka bajeczka o chłopaku w wielu licealnym i jego czterech siostrach. Ktoś sobie może pomyśleć, że kolejny raz funduje się nam obrzydliwe okruchy życia bez polotu i głębi. Nic bardziej mylnego. Centrum wydarzeń tejże rodziny jest właśnie jedyny samiec (rodziców ni ma), który jest poddawany przeróżnym próbom. A jakieś to próby - zapytacie? Oj, przeróżne. Np. starsza siostra nachodzi go w nocy i zmusza do całowania. Albo młodsza siostrzyczka siada mu na kolankach i każe sobie czytać książeczki kompletnie bez powodu, po czym rzuca: "Kocham cię, bracik!". I jak tu się zachować? O tym właśnie jest ta baja. Normalny chłopak postawiony w patologicznych sytuacjach. Komu polecę więc? Odcinki maja po parę minut, więc obejrzenie tej serii wiele nie zajmie. Jeśli zaintrygował cię opis, wal w ciemno! W moim przypadku bajka była pożywką niezdrowej fascynacji incestem, którą staram się wykorzenić – damn you, Japan!

Gakkougurashi!
Link do MALa

Pora na kolejną japońską próbę na zaimportowanie słodkich dziewuszek do środowiska wykraczającego poza ich strefę komfortu. Długo się zastanawiałem, jak to opisać, by nie spojlerować, ale ostatecznie mam to wszystko w dupie. Nie opowiem tutaj fabuły, ale nie omieszkam uchylić rąbka tajemnicy, dlaczego baja ryje beret – przynajmniej w pierwszych docinkach. Chodzi tutaj o to, że komuś się pomyślało, że fajnie będzie otoczyć słitaśne dziewczynki hordą krwiożerczych bestii, które czyhają na ich życia. A żeby zaskoczyć widza, pierwszy odcinek widzimy z oczu bohaterki, której główka nie wytrzymała traumy i żyje w urojeniu, że ten cały cyrk nie ma miejsca. Więc nie widzi zakrwawionych ścian i truposzy za oknem, a fakt, że nie może wyjść ze szkoły jest dla niej czymś normalnym. Do tego gada do wyimaginowanych przyjaciół i ogólnie totalnie jej odjebało (kto, kurwa, chodzi w takiej czapce?!). W mniej słitaśnej bajce dostałaby plaskacza w mordę i pewnie by się opamiętała, a tak ludzie muszą się użerać z małym bachorem, ustępując jej na każdym kroku. Czy inne postacie są lepsze? Na pewno bardziej przydatne w czasie apokalipsy zombie (ups, spojler, hihi). Jedyna dobra rzecz w tej serii to gęstniejący klimat, który ma łapać za serce cierpiącymi dziewczynkami, lecz głupawe wstawki komediowo-moe koncertowo to pierdolą. Na samym końcu dzieje się coś, co w zasadzie przywróciło mi wiarę w Japończyków... Ale! Z niebios zstąpił mechaniczny bóg i wszystko milusio odkręcił, ech... No może poza jedną rzeczą, ale ten bohater i tak był bezużyteczny, więc się nie liczy. Komu polecę więc? Na MAL średnia jest niebezpiecznie blisko ośmiu oczek (na dzień pisania notki), co budzi moje zażenowanie. Może się nie znam? Kto wie. Tak to wygląda, więc zobaczcie sami. Może w waszych oczach to nieoszlifowany diament. Dla mnie to jednak zwykły rzeczny kamulec.

Gangsta.
Link do MALa

Seria będąca z pozoru czymś cięższym i poważniejszym od pozostałych zawodników w peletonie. Kreuje się na gangsterską jatkę z mrocznymi bohaterami o trudnej przeszłości. I tak jest, lecz do tej idealnej mieszany dorzucono moce nadnaturalne, a dokładniej rasę nadludzi potrafiących się poruszać szybciej od pocisków i gołymi rękami kruszącym kamienne ściany. I tak oto z bajki poważnej powstała bajka fantastyczna z elementami shounena, gdyż starcia poszczególnych nadludzi to takie przydługie pojedynki. O dziwo autorem jest kobieta, więc nie dziwią pewne zabiegi prowadzenia fabuły, ale trochę martwi odchylenie w stronę prostackiego mordobicia. Jak dla mnie fabule czegoś brakuje, bo choć potrafi złapać widza za serce i jest oryginalna, nie ustrzegła się błędów. Jak dla mnie to zmarnowany potencjał poważnej historii gangsterskiej, których bardzo mało ostatnimi czasy. Nikt nie boi się tutaj brutalności ani ukazywania nadużyć seksualnych wymierzonych w kobiety. Może jestem już za stary na walki ludzi o niezwykłych mocach, a może serii to nie zrobiło na dobre. W sumie nawet pamiętam tytuły o podobnej tematyce, tyle że tam silni bohaterowie byli zwykle jakoś nadzwyczajnie wyszkoleni albo utalentowani i pewnie dlatego nie potrafili biegać po ścianach. Może i ma to uroki, ale coś we mnie umarło, gdy pierwszy raz tego doświadczyłem na ekranie. Komu polecę? Fanom serii gangsterskich z bronią palną oraz raz białą w akcji. Stosem trupów oraz srogiej bitki bez kompromisów. Odradzam jednak preferującym szczyptę realizmu i konkretne zakończenia. Tutaj możecie się spodziewać potwornego cliffangera. Ktoś optymistycznie założył, że niebieskie dyski się sprzedadzą.

Okusama ga Seitokaichou!
Link do MALa

Czyżby szykował się powrót staroszkolnej komedii ecchi? Niestety nie. Zamiast tego trzymaliśmy twór przesycony absurdami oraz zbędnym erotyzmem, który przynajmniej nie był ocenzurowany (tak, wiem, zabrzmiałem jak niewyżyty małolat, ale to tylko pozory). Fabuła kładzie się już na pierwszym odcinku, więc trudno za cokolwiek ją pochwalić. W pewnym sensie służy tylko temu, by nakierowywać postacie na kolejne absurdalne sytuacje kończące się obmacywaniem, całowaniem, czy ściąganiem bielizny. Ale czy to oznacza, że bajka nie ma w sobie niczego wartościowego? Moim zdaniem żarty są tutaj dość miodne, bo w moim wieku człowiek już nie ekscytuje się malowanymi dziewczynkami, ale może się zaśmiać bez skrępowania. Wstawki komediowe nie są najwyższych lotów, lecz tego mi brakowało, bo ostatnimi czasy wszędzie tylko durne moe. Postacie też nie są aż takie schematyczne i potrafią zaskoczyć, co również jest plusem. Komu więc polecę? Na pewno fanom ecchi bez cenzury i śmiałych scenek erotycznych, które niestety nie korespondują z dobrą fabułą, a jedynie rubasznym humorem. I cenzura niczego nie zasłania. Jeśli zachęcił cię ten nic nie zdradzający opis, bierz się do dzieła!

Senki Zesshou Symphogear GX: Believe in Justice and Hold a Determination to Fist.
Link do MALa

To już trzeci sezon kwasowych wizji zjaranych Japończyków, którzy postanowili połączyć to, co kochają najbardziej: transformujące się dziewczynki, napierdalające się dziewczynki i śpiewające dziewczynki. Z tego wszystkiego powstał miszmasz do potęgi piątej, a okazało się, że to nie było ostatnie słowo skośnookich. Sequele takich serii mają to do siebie, że zwykle nie wprowadzają niczego innowacyjnego, a jedynie odcinają kupony od "podstawki". W tym przypadku jest podobnie. Sielankę bohaterek przerywa pojawienie się wrogów z dupy, którzy chcą literalnie "roztrzaskać świat na kawałki" (czyt. go zniszczyć). Mózg rozjebany...! Oczywiście ich niewiarygodne moce przewyższają nasze ukochane bohaterki, więc te muszą zrobić level upa, by dać sobie radę z wrogimi najeźdźcami -w zasadzie to najeźdźczyniami. W tym celu wpierw muszą zostać sponiewierane i poszerzyć szeregi o kolejne dziewczynki. W międzyczasie stoczą jeszcze osobiste bitwy ze swoimi słabościami i demonami przeszłości. Intryga za kulisami okazuje się nędzna i płytka niczym łyżka wody, ale czegoż oczekiwać więcej. Jedną rzecz jednak muszę przyznać bez bicia. Bajka miała dość duży budżet, bo napchanie takich ilości akcji oraz nagranie tylu piosenek jest wymagające. Widocznie produkcja cieszy się dużą popularnością, skoro potok pieniędzy popłynął akurat do kieszeni tego studia. Nie mi oceniać decyzji naszych braci po drugiej stronie globu. Komu polecę? Jeśli kogoś rajcuje brutalne mordobicie dziewczynek w fikuśnych kombinezonach bojowych dzierżących oręż ocierający się groteskę – trafił na perełkę. Reszta populacji powinna omijać ten tytuł szerokim łukiem – zresztą trudno go nie zauważyć przy takim słowotoku w tytule...

Himouto! Umaru-chan
Link do MALa

Myślę sobie: "Co to za bulwa na okładce?", toż to dwulicowa siostrzyczka! Pierwsza rzecz, która mi się nie podobała w tej bajce, to fizyczna przemiana głównej bohaterki, która z normalnego człowieka transformuje się w pokracznego karła z pelerynką chomika. Z początku myślałem, że to tylko symbolika i tak naprawdę wygląda tak samo, lecz dalsze odcinki niestety potwierdziły moje obawy. W pewnym sensie cała bajka skupia się na jednym żarcie wałkowanym do porzygu, a nawet trochę dłużej. Moim zdaniem najmocniejsze są tutaj postacie otaczające główną bohaterką, a najbardziej jej brat, który okazał się dorosłym facetem (lel!), co zauważyłem dopiero w połowie serii. Im relacje bohaterów bardziej się gmatwają, tym całość zyskuje na mocy. Prawdę powiedziawszy, po pierwszym odcinku skreśliłem serię kompletnie, lecz miło mnie zaskoczyła. No ale o co tutaj w zasadzie chodzi? Główna bohaterka ma dwa oblicza, w szkole jest idealna i wszyscy wzdychają na jej widok, zaś w domu to leniwa maniaczka gier obżerająca się śmieciowym żarciem (czyt. ludzkie ścierwo). Tę tajemnicę zna jej starszy brat, który pracuje i utrzymuje darmozjada na swoim garnuszku. Seria skupia się na jego staraniach, by zmienić ją na lepsze i oduczyć niezdrowego stylu życia. Już po samym opisie widać, że mamy do czynienia z dość lekką komedią bez ecchi ani poważniejszych wstawek. Niczego się tutaj nie wymaga od widza, bo fabuła jest lekka i dość strawna... choć i z tym bywa różnie. Najgorsza jest powtarzalność, ale jeśli potrafi się ją odrobinę zdzierżyć, bajka ma ciekawe momenty. Osobiście liczyłem na mały romans, ale nie ma w zasadzie kogo z kim połączyć w parę. Faceta i dziesięć lat młodszą nastolatkę? Słabe. Niby w pracy głównego bohatera jest jego koleżanka, która coś do niego czuje, lecz widać, że boi się zrobić pierwszy krok. Więc rozumiecie, miłośnych uniesień tutaj brak. Komu więc polecę? Fanom lekkich komedyjek z ciekawym rodzeństwem na pierwszym planie. Incestu też ci tu nici – zapomniałem wspomnieć.

Junjou Romantica 3
Link do MALa

Ach, to uczucie, gdy spoglądam na statystyki MAL i dostrzegam, że jestem jedynym facetem, który widział te baję z moich "frendów". Docenicie, ja pierdzielę, moje poświęcenie, mężczyźni tego świata! Na serię się natknąłem dawno temu, gdy oglądałem najwyżej oceniane pozycje (tzw. Top 100). Miałem chwilę zwątpienia, ale uznałem, że tylu użytkowników nie może się mylić, prawda? Powiem tak: źle nie było, ale z wiadomych powodów czułem się osaczony tym, co widziałem. Dodatkowo zauważyłem, że serie z pedałami nie bawią się w ceregiele w porównaniu do zwykłych romansów, bo w tych drugich całus na pierwszej randce to już wiele, zaś w tych pierwszych przepychanie rowa to standard. Wiecie, taka logika, najpierw przepucuję ci kakaowe oko, a potem lepiej się poznamy. Szkoda, że autorka nie ujęła w swoim dziele takich przyziemnych problemów pederastów jak obowiązkowe lewatywy, bo pójście na żywioł może się skończyć nieprzyjemnymi konsekwencjami w postaci zakażenia i cholera wie, czym jeszcze. No ale to takie moje przyziemne uwagi. Ta seria nauczyła mnie jednego, homoseksualizm rozrasta się w stopniu geometrycznym, bo co sezon jakieś nowe osobniki wykazują symptomy tego zboczenia. Skąd tego się tyle nabrało? Czort wie. Czy trzeci sezon jest dobry? Chyba tak, bo ocena w Internetach jest wysoka. Przydałoby się zrzeszyć heteryków i ją skorygować, bo bajka na nią nie zasługuje. I nie mówię o tematyce, ale choćby o kreskę, która jest potwornie brzydka. No ale na bezrybiu i rak ryba, prawda? Komu polecę? Fanom tego typu rozrywek i tylko im. Wreszcie mogę wyrzucić z głowy te pedalskie obrazy...

Kyoukai no Rinne (TV)
Link do MALa

Lekka staroszkolna seryjka opowiadająca o zderzeniu sił nadprzyrodzonych z naszym światem. Dziewczyna od najmłodszych lat widzi duchy i inne nadprzyrodzone kreatury, dlatego napotyka biednego boga śmierci, który pożycza od niej pieniądze, by wykonywać swoją pracę. Tak zaczyna się ich znajomość i przygody. Kreska serii przywodzi na myśl stare dobre czasy, które już przeminęły. Po co w takim razie wskrzeszać takiego dinozaura? Zerkam do mangi a ta miała premierę w roku 2009, czyli dość niedawno, widocznie autor postanowił sobie wystylizować kreskę, bo tak...? Sumie nieważne. Typ humoru, prowadzenie fabuły, design postaci sugeruje coś zamierzchłego, dlatego przynajmniej przez pierwsze docinki poczułem miły powiew świeżości (paradoksalnie). Potem niestety do serii wdarła się rutyna, a żarty kompletnie przestały śmieszyć, gdyż wszystkie opierały się na tym samym schemacie – bohater jest biedny do bólu. Główne postacie zostały tak zaprojektowane, by nie nadawały się do wytworzenia związku/pary, dlatego romans jest z góry skazany na zagładę. Moim zdaniem autor sam zapędził się w kozi róg swoimi ograniczeniami i do samego końca nie potrafił od nich uciec. Z tego powodu seria nudzi i rozczarowuje. Fabuła jest podzielona na krótkie historyjki, które powtarzają jeden schemat i gdyby pojawiające się nie nowe postacie, chyba padłbym z nudów. Komu polecę? Fanom staroszkolnych komedyjek z mocami nadprzyrodzonymi i nikłym rozwijaniem postaci.

Arslan Senki (TV)
Link do MALa

Nowe opakowanie, w które zapakowano motyw stary jak świat – następca tronu stara się odbić królestwo z rąk złych najeźdźców i dokonać zemsty. Zastanawiam się, co tutaj w zasadzie napisać, by notka lekko zaciekawiła. Klimaty podchodzą pod średniowiecze/fantasy, zaś wojska przypominają trochę nasze europejskie, trochę azjatyckie i dalekowschodnie. Wszystkiego po trochu z lekką posypką fantastyczną w śladowych ilościach. Mamy tutaj odrobinę militariów, polityki, walki, przygód, pseudo-romansu i pałacowych spisków. Trup ścieli się gęsto, niemniej dobre postacie są odporne na tego typu przypadłości i mężnie unikają ciosów mieczem i zabłąkanych strzał – no ale to nic nowego w sumie. Główny zły też wydaje się oklepany, ale taki los tych złych w prozie i kinematografii. Ogólnie seria trzyma jakiś tam swój poziom od początku do końca. Biorąc pod uwagę tematykę, ktoś po prostu musi preferować tego typu historię, by się porządnie wkręcić. Kreska jest specyficzna, gdyż wyszła spod pióra twórczyni FMA, zaś animacja miewa lepszą bądź gorsze momenty, ale ogólnie nie jest źle. Ja bawiłem się przyzwoicie i nie żałuję poświęconych godzin. Komu polecę? Fanom tego typu klimatów, bo nikomu innemu. No może jakimś zabłąkanym duszom, które łakną obejrzeć kilka bitew w klimatach średniowiecznych, ale boją się/nie chce im się szukać.

Monster Musume no Iru Nichijou
Link do MALa

Prawdę powiedziawszy, seria wywołała u mnie dość negatywne emocje od pierwszego odcinka. Nie dość, że bohater był dobrodusznym idiotą, który za nic miał męki i cierpienia, jakie sprowadzała na niego "dziewczyna", to jeszcze owa dziewczyna nie była wizualnie zbyt miła dla oka. A to dlatego, że prawie wszystkie bohaterki w tej bajce to potworzyce. Ktoś sobie pomyślał, fajnie będzie stworzyć harem ze stadkiem mitycznych bestii oraz innych wynaturzeń w postaci dziewuszek przeważnie z masywnymi cycami, bo z tego, co pamiętam, tylko jedna jest płaska, a druga tylko w połowie czasu na ekranie. Więc bez skrępowania można założyć, że żeńskie wariacje na temat demonologii mają biusty wykraczające poza zdrowy rozsądek i zasady fizyki, które obowiązują organizmy białkowe. Na dodatek potworzyce wcale nie są takie słitaśne, jakby się mogło spodziewać po gatunku ecchi. Kanon mówi, że ma być dużo, kolorowo, różnorako, biorąc pod uwagę osobowość postaci, ale słitaśnie! Tutaj z kolei człowiek patrzy na taką dziewuszkę, której połowa ciała to jeden wielki wąż i się zastanawia, co o tym myśleć. Niby z twarzy spoko – standardy japońskie – lecz gdy widzimy ją w całości, podświadomość każe się nam trzymać na baczności, bo to nieludzka kreatura, nie zaś samica homo sapiens. To mi przeszkadzało przez pierwsze odcinki, bo nie byłem się w stanie wczuć w klimat i postrzeganie świata głównego bohatera. Ten jednak to porażka, zaś obiekty westchnień widzów (taka zwykle jest rola samiczek w seriach haremowych) nie przyciągają wzroku. Całe szczęście jednak, że autor nie poprzestał na tym i zdecydował się iść na całość. Najsilniejszym elementem bajki jest jej dosadny humor, który, co prawda, głównie skupia się na fanserwisie, lecz czasami jest zrobiony po mistrzowsku. To samo z motywami bohaterek, by uczepiać się głównego bohatera - nie wszystkie idą standardową sztampą: "miłości od pierwszego wejrzenia" lub "pokochania z powodu dobroci serca". Mamy na przykład idiotkę o rozumku dziecka/ptasim móżdżku (nie pokazali tego, ale założę się, że sra pod siebie), która niezbyt ogarnia sytuację, albo zmiennokształtnego gluta o IQ meduzy. Takie bohaterki też znajdą swoje miejsce w haremie, jeśli dobrze się je wprowadzi i wykreuje. Niemniej podczas seansu zastanowiła mnie jedna rzecz - mianowicie kogo ja bym wybrał z całej gromadki. A mamy tak: węża, harpię, kunia, gluta, syrenę i pajunka. Z samego wyglądu najbardziej "normalnie" wygląda chyba syrena, lecz nie w taki sposób chciałem je ocenić. Bardziej chodziło o użyteczność MNIE. Wahałbym się nad koniem i pająkiem, bo te dwa stworzenia wydają mi się najbardziej przydatne z racji ich umiejętności. Możliwe, że jednak skłoniłbym się ku rumakowi, bo nie należy również zapominać, że bohaterka ta potrafi również władać mieczem, co ma swoje dobre strony. A gdyby już całkiem puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie zakładanie rodziny z taką potwrzycą, to kopulacja z koniem wydaje się... łatwiejsza do wyobrażenia, niż z pajęczycą, która to może pożreć samca po zapłodnieniu... Dobra, lepiej się dalej nie rozpisywać, bo jeszcze jakieś moje brudy wyjdą na wierzch. Komu polecę? Fanom szalonych komedii ecchi i tylko im.

Kuusen Madoushi Kouhosei no Kyoukan
Link do MALa

Dziwna seryjka zapowiadająca już w tytule magiczna szkołę. Co by nie mówić, o niej właśnie opowiada, szkoda tylko, że o niczym więcej. Spotkałem się z podobnymi produkcjami już wielokrotnie. Nie dzieje się tutaj nic, co wstrząsałoby światem ani odkrywało wielkie tajemnice. Mamy szkołę i akcja dzieje się tylko w niej. Początek zapowiada trochę co innego, lecz okazuje się złudny. Wprowadza widzów jedynie w przeszłość głównego bohatera, który z jakiegoś nie do końca znanego powodu zostaje odrzucony przez swoje środowisko i zdegradowany z elitarnego żołnierza do waterboy’ia mimo faktu, że jest znakomicie wyszkolony i niezwykle potężny. I tego oto tajemniczego jegomościa przydzielają do najgorszej klasy, którą ma poprowadzić do zwycięstwa w najbliższym turnieju. Wiecie, taka historyjka "od zera do bohatera". Oczywiście, w klasie niedorajdów są trzy dziewczyny - bo jakżeby inaczej. I teraz czas przejść do elementu, którego być tu nie powinno - a mianowicie słabego fanserwisu kompletnie nie pasującego do bohatera o dość racjonalnym usposobieniu. Znaczy to tyle, że przypadkowe potknięcie się dziewuszki i pokazanie mu majtek nie wywoła u niego krwotoku z nosa, lecz konsternację – w końcu ludzie nie potykają się na płaskiej powierzchni, prawda? Czasami trochę to śmieszy, ale spokojnie obeszłoby się bez tego typu żarcików. Oprócz tego mamy trening, odrobinę okruchów życia, dramat oraz jednoczenie skłóconej drużyny przez wyluzowanego instruktora. Romansu ci tu brak, ale nie wiem, czy w wypadku 4 bohaterek przyniósłby dobre rezultaty. Fabularnie niewiele się tu dzieje. Pod koniec odkrywa się przed widzem kilka tajemnic, ale stanowczo zbyt mało, by miało to sens. Jeśli powstanie kontynuacja, nie mam nic przeciwko, ale wątpię. Komu polecę? Jeśli lubicie serie z magią osadzoną w klimatach sci-fi, gdzie niewiele się dzieje fabularnie, ale za to możecie pooglądać perypetie dziewczyn powiększających swoje umiejętności w magicznych walkach – jest to seria dla was. Łakomi poważniejszych klimatów i brutalnych walk niech sobie odpuszczą ten tytuł.

Shimoneta to Iu Gainen ga Sonzai Shinai Taikutsu na Sekai
Link do MALa

Kolejna w tym sezonie szalona komedia idąca na całość. Zaczęło się dość niepozornie w pierwszych odcinkach, lecz gówno uderzyło w wiatrak gdzieś w 3 odcinku. Od tamtego momentu genitalia na wierzchu to chleb powszedni – w dużej części męskie. No dobra, ale może wpierw jakieś słowa wstępu. Akcja dzieje się w świecie, gdzie zabroniono wszystkiego, co wywołuje jakiekolwiek podniecenie seksualne. Nawet nie tłumaczy się młodzieży, skąd się biorą dzieci – z kapusty rzecz jasna. Główny bohater to syn człowieka, który walczył w imię zbereźności i propagował je w społeczeństwie, przez co został wyklęty. Chłopak przez wszystkich uważany za wyrzutka udał się za ukochaną dziewczyną do szkoły, gdzie moralność stała na najwyższym poziomie w kraju. Paradoksalnie (z perspektywy reszty serii) ten bohater jest najnormalniejszy w całym gronie zamaskowanych dewiantów i zboczeńców. Mnie osobiście najbardziej podobała się przemiana cnotliwej przewodniczącej w nimfomankę o morderczych skłonnościach. Mogę się mylić, ale ta bajka złamała pewne tabu dotyczące podnieconych kobiet – bo chyba tylko w podrzędnych hentajach pokazuje się tzw. "soki miłości". Tutaj jest tego dużo i to aż do przesady, lecz mnie motyw rozbawił do łez. Pierwsza scena gwałtu też pojawiła się tak nagle, że o mało spadłem z krzesła. I jeszcze fakt, że ta bohaterka może wykrywać obiekt swojej fascynacji poprzez woń jego fujary, sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać, co w zasadzie ogląda. Momentów "WTF is this shit?!" mamy tutaj wiele i za to ogromne propsy dla twórcy, jak i studia, które się nie bało pójść po bandzie, by zaspokoić chore żądze widzów. Niestety, serii wiele brakuje do ideału z powodu powtarzalności żartów, które się zwyczajnie zaczynają nudzić, i bariery językowej. Chodzi o to, że wiele gagów zwyczajnie nie dało się wiernie oddać i powstawały pewne potworki językowe, które nie bawiły tak, jak powinny. A niektóre powtarzane setki razy zwyczajnie się nudziły. Dobra, dosyć spojlerowania i psucia zabawy. Komu polecę? Na pewno fanom szalonych komedii o profilu erotyczno-prześmiewczym. Jakbym miał porównać bajkę do innej serii, powiedziałbym, że to takie Seitokai Yakuindomo bez zbędnej gadaniny. Ja osobiście polecam, ale potem mnie nie obwiniajcie, że zryło wam psychikę!

Charlotte
Link do MALa

Gdy, zaczynając jakąś serię, nie mam co do niej żadnych oczekiwań, a mimo tego nudzi mnie po pierwszych odcinkach, to znak, że szykuje się potworna kupa. Tak było i w tym przypadku, ale nie do końca zgodnie z powyżej opisanym kluczem, gdyż pierwszy odcinek złapał mnie za serce i to mocno. W końcu główny bohater to szuja bez sumienia, który wykorzystuje swoją przedziwną moc, by oszukiwać testy i nawet zdobyć serce najładniejszej dziewczyny w szkole poprzez uratowanie jej z przez siebie spreparowanego wypadku. Wszystko chłodno wykalkulował i nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel. Prawie jak Light z Death Note. Niestety, kto od miecza wojuje, to od miecza ginie – doprowadzono go do porządku i sponiewierano, a cały jego misterny plan poszedł w pizdu. Od tego momentu zaczął się mój zawód, bo otrzymaliśmy epizodyczny pokaz szkolnej komedyjki z supermocami. Co odcinek to nowy licealista do naprostowania i wyleczenia z kompleksów. Taki potencjał zmarnować... I na dodatek interesujący bohater okazuje się trudny do polubienia, gdyż bez swojej mocy to tylko marudny leń o niezbyt ciekawym charakterze. Do tego pojawiają się inne równie idiotyczne postacie, które wszystko psują. Główna bohaterka to upierdliwa baba, która wyalienowała się od rówieśników i udaje twardą. Potem mamy poboczną postać męską o idiotycznym charakterze lubującą się w ciągłym obrywaniu i beztroskiemu robieniu z siebie debila. No i jeszcze słitaśna śpiewaczka o IQ ameby z jej pseudo-kałaii gadką i usposobieniem. Dla fanów loli również coś się znajdzie, gdyż nasz marudny boh posiada młodszą siostrę o jadaczce wypluwającej słowa szybciej niż pepesza pociski i jakby tego mało, stylizuje się jej gadkę na klimaty feudalnej Japonii (na jaki chuj?). I tak się ta historia wlecze niczym smród po gaciach w przypadku spożycia parę godzin wcześniej posiłku bogatego w warzywa strączkowe, aż nagle JEB...! Kompletnie zmienia się klimat z powodu nagłego zgonu bohatera/ki. Cały odcinek trwa powrót do normalności pozostałych postaci i niezwykle fajnie się to ogląda, bo mamy dramę ukazującą powolne zepsucie zrozpaczonego człowieka. Lecz potem znowu następuje powrót na stare śmieci – przynajmniej pozornie. Gdzieś od tego momentu bajka z epizodycznej staje się jednolita, gdyż wreszcie na wierzch wychodzi prawdziwa fabuła będąca fajnym zwrotem akcji. Lecz, jakby się zastanowić, wcześniej już kilka razy nastąpiła zmiana klimatu, więc niejako można się było tego podświadomie spodziewać. Charlotte już do samego końca nabiera rumieńców i staje się niezwykle interesująca, co bardzo mnie zaskoczyło. Nowi bohaterowie, akcja, zgony, krew, brutalność, jeszcze bardziej soczysty dramat i gra na emocjach – wszystko na swoim miejscu. Więc po keigo czorta te cholerne epizodyczne sranie w bambus wcześniej? Sam nie wiem. Skoro inaczej nie potrafili, mogli zrobić 26 odcinków i tyle. Fabuła miałaby wystarczająco długi pas startowy, by się rozpędzić, a epizodyczne pierdółki również dałby się bezboleśnie upchnąć, a tak tempo jest potwornie nierówne. Historia też wydaje się opowiedziana po łebkach, bo niektóre wątki nie doczekały się konkluzji, a ostatni docinek to chaos. Co boli jeszcze bardziej, bo bardzo mi się podobał i spokojnie dałby się z niego samego zrobić 12 odcinków miodnej serii z głębszym przesłaniem. Co ja mówię, ja chętnie napisałbym scenariusz do historii, która miała miejsce bezpośrednio po zakończeniu Charlotte, bo moja wyobraźnia została bardzo pobudzona. Dobra, komu więc polecę? Seria jest naprawdę nierówna, więc należy się uzbroić w cierpliwość i nie wymagać od niej zbyt dużo. Na pewno fani miksu szkoła + moce nadprzyrodzone będą zadowoleni. Anime kilka razy zmienia swoje oblicze, więc na to też musicie być przygotowani. Mając w głowie jeszcze świeże wspominania, powiem tak: seria miała potencjał na bycie czymś lepszym od reszty, ale to zaprzepaściła. Nie wiem, czy to wina złego zaplanowania, pieniędzy czy tych dwóch rzeczy jednocześnie. Niemniej produkt finalny jest ciekawym eksperymentem na zdrowym organizmie, który chyba się udał, ale pacjent ostatecznie zmarł. Szkoda.

Prison School
Link do MALa

W tym sezonie premierę miały trzy baje o podobnej charakterystyce – sprośne komedie robiące sobie jaja z erotyzmu i łamiące pewne tabu. Z tej walki zwycięsko wychodzi właśnie Prison School. A dlaczego? Bo prymitywny i wulgarny fanserwis jest w nim wywyższony prawie do poziomu artyzmu. Znajdziemy tutaj krew, pot, zły, mocz i fekalia, a każdy z tych elementów jest znakomitym mechanizmem budującym klimat. Brzmi to absurdalnie, lecz sprawdza się nad wyraz dobrze. Z realizmem seria ma niewiele wspólnego, jednak widz czuje wraz z bohaterami piekło, jakie przechodzą na właśnie skórze i im kibicuje. Nawet jeśli zrobią coś głupiego i sprowadzą na siebie jeszcze większy ból, dopingujemy, by udało im się przezwyciężyć przeciwności losu. W tej serii to kobiety są tymi złymi, to one zadają mężczyznom nieuzasadniony ból; nadużywają władzy, będąc strażnikami więziennymi. Jest to pewnego rodzaju potwierdzenie eksperymentu przeprowadzonego już jakiś czas temu, że zbyt duża władza deprawuje nawet najlepsze jednostki. Jakby rozebrać serię na kawałki i odrzucać zbereźności oraz dewiacje pozostaje właśnie to przesłanie. Oczywiście, bohaterowie nie są świętoszkami i trochę zastanawia fakt, że akurat oni dostali się do damskiej szkoły – no ale gdyby nie to, bajka nie posiadałby głównego motoru ciągnącego fabułę do przodu. Większość bohaterek to sadystyczne babska gardzące drugą płcią. Jedna z nich jest kompletnie wyprana z poczucia wstydu w obecności podludzi, dlatego paraduje z dekoltem, który niewiele się różni od toples i molestuje psychicznie biednych więźniów. Ta postać to lekka przesada, analizując bajkę jako całość, lecz potrafię się domyślić, dlaczego autor zastosował taki a nie inny zabieg artystyczny. Reszta jest bardziej normalna, choć zimna jak lód przewodnicząca władająca krukami oraz blond karateka krusząca ściany gołą dłonią dalej wzbudzają wątpliwości. Ta ostatnia została wykorzystana przez autora jako trzecie ogniwo pseudo-trójkąta miłosnego, co miało dodać całości pikanterii – i dodało. Nasz główny bohater oprócz standardowych prac więziennych musi się jeszcze użerać z erotycznymi zachciankami mistrzyni sztuk walk, co po dwakroć wywołuje u niego stwardnienie w okolicach krocza – a to nigdy dobrze się nie kończy w anime innych niż hentaje. Jej fiksacja na punkcie moczu może zniesmaczać wrażliwe umysły, lecz wątpię, że takowe skuszą się na bajkę o takiej tematyce. Reszta bohaterów dzieli fascynację damskim ciałem, ale oprócz tego są całkowicie odmienni, co na początku nie jest aż takie widoczne, lecz w dalszych odcinkach coraz wyraźniej dostrzegamy przypisane im role. Przyznaję, że polubiłem wszystkich i kibicowałem nawet porąbanemu otaku krzykaczowi, których zwykle nie trawię – nazwijcie to męską solidarnością w obliczu damskiej tyranii, lecz mam to gdzieś. Nie należy również zapomnieć o kresce będące wisienką na torcie tejże produkcji. Taką uwielbiam najbardziej. Żadnych jajowatych gałek ocznych i przerośniętych głów (oprócz gigantycznych cycków bezwstydnicy), design postaci jest po prostu ładny i łapie za serce. Szybko zerknąłem do mangi i okazał się taki sam: realistyczne proporcje i dbałość o detale takie jak zagięcia tkanin oraz odblaski na spoconych ciałach – miód dla oczu. Co tu więcej pisać, to trzeba zobaczyć! Komu więc polecę? Łaknącym dosadnego humoru o zabarwieniu erotycznym jak i zakazanych dewiacji. Do tego dochodzi dość solidna linia fabularna pędząca od pierwszego odcinka na złamanie karku ku finałowi. Nie uświadczycie tutaj dłużyzn ani irytującej epizodyczności. I to zakończenie zaostrzające apetyt na drugi sezon...! Czekam z niecierpliwością.

Jitsu wa Watashi wa
Link do MALa

No i kicha. Zaczęło się fajnie (naiwnie w to uwierzyłem), lecz prawdy nie da się od tak zakłamać. Wygłodniały umysł fana romansideł przesadnie się ekscytował czymś, co wcale się na takowe nie zapowiadało, bo śmierdziało z kilometra głupkowatym haremem ze zjawiskami nadprzyrodzonymi. Co tu dużo gadać, nie da się polubić żadnej bohaterki, gdyż każda jest odpychająca na swój sposób. Ciapowata wampirzyca o IQ wózka na zakupy, kosmitka tsundere zgapiona żywcem z Facetów w Czerni oraz koleżanka z dzieciństwa udająca wredną pizdę. Żadna z nich nie chce poczynić pierwszego kroku i wyznać swoich uczuć. A główny bohater to wzorowa cipka niewydymka i jeszcze te krwotoki z nosa... większej tandety dawno żem nie widział. Oprócz głównego czworokąta pojawia się jeszcze grupka postaci pobocznych takich jak: przyjaciele głównego pizdy... pardon, bohatera, wspierający go w potrzebie żartem i radą, cycaty wilkołak - obojnak - lubujący się w molestowaniu ciapowatych chłopaczków (nasza pizdeczka), loli dyrektorka szkoły (ja pierdziele, ale oklepane...) odpierdzielająca przypałowe szopki oraz jej prawnuczka(?) spuszczająca babci srogi łomot. I jak tutaj polubić tę ekipę. Nawet design postaci kale me oczy nędzną kreską, a oczojebna paleta kolorów doprowadza do rozstroju nerwowego. Wszystko jest sztampowe i posuwa się do przodu w ślimaczym tempie. Konkluzji miłosnego czworokąta próżno tutaj szukać, bo nikt nie poczynił konkretnego kroku. A czemu? Powody są różne. By ochronić przyjaźń, ze wstydu, z niewiedzy (gruboskórności?) oraz z powodu bycia zwykłą pizdą. Dobra, dosyć, komu polecę? Zapewne fanom gatunku lekkich romansideł, gdzie trudno o wartką akcję, a ciapowaci bohaterowie stoją w miejscu przez cały sezon.

Ranpo Kitan: Game of Laplace
Link do MALa

Anime stworzone na cześć okrągłej rocznicy śmierci pioniera japońskiej literatury kryminalnej. Łatwo więc można się domyślić, o czym ono jest. Genialny detektyw rozwiązuje zagadki tajemniczych mordów wraz z towarzyszącymi mu dzieciakami z liceum i pomocą policji. Całość jest w dość groteskowej atmosferze, więc trudno się tutaj doszukiwać realizmu. Jest to produkcja całkowicie niszowa, dlatego twórcy poszli na całość z brutalnością, bo nie musieli zbytnio się martwić, że ktoś nie przetrawi tego, co zobaczy na ekranie. W całej tej bajce zaintrygowała mnie jedna rzecz - dlaczego jeden z bohaterów ma bardzo mocno zarysowane pośladki i dlaczego drugi odnosi się do niego jak do dziewczyny, rumieniąc się przy różnych okazjach, mimo że obaj są facetami? Nie wiem, co to za pederastyczne zapędy autorów, ale za to karny kutas. Komu polecę? Chyba fanom kryminałów i genialnych detektywów, bo wątpię, by komuś jeszcze mogłaby ta produkcja podejść.

Working!!!
Link do MALa

Bodaj czwarty sezon przygód pracowników restauracji będących w wieku szkolnym/akademickim. O czym opowiada? Głównie o relacjach międzyludzkich, które sprowadzają się do lekkich okruch życia, romansu i przede wszystkim komedii. Tej jest tutaj najwięcej. Mimo pozornej powagi nic nie jest realistyczne, a mało jaki bohater bierze na poważnie życiowe problemy, przez co można robić sobie podśmiechujki z taki poważnych tematów jak zaginięcie żony czy córki. Z jednaj strony widz wczuwa się w niepoważny klimat i macha ręką na kolejne wygłupy bohaterów, lecz gdzieś w głębi powinien czuć, że coś jest nie tak, gdyż ukazane sytuacje wcale nie powinny bawić – przynajmniej ja tak miałem. Dodatkowo nie da się tutaj znaleźć bohatera kompletnie normlanego, gdyż wszyscy są w jakiś zabawny sposób wypaczeni. To też główny motor przeróżnych gagów oraz starć charakterów prowadzący do czasami nieoczekiwanych rezultatów. Na szczęście ten sezon wreszcie popycha relacje niektórych par do przodu, chwała za to twórcom i pani mangace. Komu polecę? Jeśli ktoś widział poprzednie sezony, chyba nie trzeba go namawiać do obejrzenia i tego. A kto poszukuje komedii z lekkim romansem w klimatach dorywczej pracy, znalazł coś dla siebie.

Overlord
Link do MALa

Znowu?! Pokłosie tego, co zapoczątkowało SAO, a w zasadzie lata temu .hack//Sign, odczuwamy po dziś dzień w postaci bajek z tym samym motywem – co by się stało, gdybyś został zamknięty w grze MMO i nie mógł z niej wyjść? Overlord to kolejna iteracja tegoż schematu, który jeszcze kilka lat temu wydawał się świeży niczym chłodny powiew morskiej bryzy. Teraz z kolei co sezon znajdziemy coś, co możemy zaliczyć do tego podgatunku (chyba tak to już można nazwać). Głównie pytanie brzmi: czy ta bajka ma w sobie coś, co pozwala jej samodzielnie stać na własnym gruncie bez podpierania się o spuściznę sióstr? Odpowiedź to stanowcze: tak. Nie wiem, może w historii było coś, co mi się przesadnie spodobało, a może na starość wyhodowałem sobie dziwne zboczenia, ale oglądałem bajkę z wypiekami na twarzy. Fabuła jest banalna: główny bohater gra sobie w ulubioną grę MMO, która doczekała się sędziwego końca – zamknięcia serwerów. Jednak o północy dzieje się coś niezwykłego, gdyż nie dość, że nie został wyrzucony z gry, to jeszcze wszystkie NPCe zaczęły się do niego odzywać jakby posiadały własną inteligencję. A na domiar złego zatracił możliwość wylogowania. Co ma teraz począć? Początek niby trywialny, ale anime wprowadza ciekawy twist, gdyż nasz bohater nie jest jakimś tam pierwszym lepszym człowiekiem, lecz nieumarłym władcą potężnego lochu wypełnionego potwornymi kreaturami. Może to tylko jego awatar, który sam sobie stworzył, ale teraz jest na niego skazany i musi się wczuć w powierzoną mu rolę. Z tego oto powodu będzie zabijał i knuł spiski, by wypełnić jakiś szalony plan, jaki zrodził się w jego umyśle, a wszystko to przy współpracy jego oddanych, potwornych sług. Przemiana bohatera i powolny proces zaniku jego emocji były niezwykle satysfakcjonujące do oglądania. Wreszcie historia nie toczy się z perspektywy tych "dobrych", lecz złych, gardzących ludźmi istot. Niby wiadomo, że wszystko będzie miało swój dobry koniec, a główny bohater nie splugawi się do końca, ale ta podróż będzie z pewnością interesująca. Akcja toczy się bardzo wolno, wręcz książkowo. Widz jest raczony opisami świata i powili go poznaje. Przez 13 odcinków niewiele się wydarzyło, ale wcale nie powinno to przeszkadzać, gdyż wszystko ma ręce i nogi. Komu więc polecę? Na pewno fanom podgatunku "uwięziony w grze MMO", a dodatkowo fanom fantasy i przeróżnych potwornych bestii z piekła rodem będących głównymi bohaterami. Mnie seria uwiodła swoimi mrocznymi klimatami, które uwielbiam. A jak będzie z wami?

Rokka no Yuusha
Link do MALa

Czy motyw z bohaterami wybranymi przez los do walki z władcą demonów jest oklepany? Hell yea! Więc po co takie bajki tworzyć? By zirytować widzów? Niekoniecznie, jeśli w historii pojawia się interesujący twist. Albo gdy gatunkowo seria znacząco odbiega od poprzedniczek. A jak jest w tym przypadku? Trochę tego i trochę z tego. Historia zaczyna się dość sztampowo, choć główny bohater wydaje się dość niesztampowy i to już od pierwszych chwil. Szkoda tylko, że jego charakter budzi pewne wątpliwości, bo wydaje się odrobinę zbyt łatwowierny i dobroduszny. Potem zaczyna się standardowa przygoda zatytułowana: "poszukiwanie towarzyszy broni" – sprowadzająca się do odnajdywania nowych postaci i dołączania ich do drużyny pierścienia. Potem jednak coś zaczyna się diametralnie zmieniać i zamiast przygód i walk z bestiami zaczynamy prowadzić dochodzenie niczym Sherlock Holmes. I wtedy seria przybiera ostateczną formę. Im więcej odcinków mija, tym bardziej się przekonujemy, że śledztwo nie jest krótką wstawką, lecz głównym motywem oglądanej przez nas serii. Czy te elementy tworzą zgraną całość? Dobre pytanie. Bo to chyba zależy od osobnika. Jeden może się zachwycać, a drugi być srogo rozczarowany. Ja należę do pierwszego grona, gdyż oklepanych motywów mam stanowczo dosyć. Preferuję coś nowego i odświeżającego. Jak nazwać siódemkę ludzi o nadzwyczajnych mocach, a którzy podejrzewają siebie nawzajem o bycie oszustem? Szalenie dobrze to napisano, a pojedynki werbalne przeradzające się agresywne ataki fizyczne nie pozwalają choć na chwilę popaść w nudę. Bohaterowie również są dość interesujący na swój sposób, dlatego poprzez fakt, że widz nie wie, kto jest tym złym, zaczyna podejrzewać każdego o zdradę. Niektórzy są naprawdę pokręceni, więc nie trudno wzbudzić w widzu wątpliwości. I choć seria kończy się potwornym cliffghangerem, warto było ją obejrzeć. Komu ją polecę? Na pewno znudzonym typową sztampą japońskich pornobajek, bo tutaj mamy "coś więcej" podane w dość oryginalnej oprawie. Jeśli jednak preferujesz szybką akcję i bezmyślną rąbaninę, poszukaj czegoś innego.

Ore Monogatari!!
Link do MALa

Nie kryję się z faktem, że lubię romanse, więc byłem nahajpowany na tę serię jak szczerbaty na suchary, tym bardziej, że zapowiadała się przednio. Oczywiście nie spojlowałem sobie żadnej fabuły, tylko machnąłem całość na dwa rzuty. Zawsze marzyłem by w takiej serii główny bohater był twardzielem o masywnej posturze, bo podobny pomysł chyba nigdzie nie został jeszcze użyty. Jakie było zdziwienie, że tym razem wreszcie coś takiego otrzymuje ekranizację. Początek mnie nie zawiódł, bo był ciekawie skonstruowany, tyle że dość szybkie połączenie się bohaterów w parę trochę zabiło mi radość z oglądania – może inaczej – niezdolność autorki to poprowadzenia związku dwóch dość specyficznych ludzi w interesującym kierunku. Bo ciągłe wyśmiewanie różnicy postur niecodziennej pary i żartów z niewiarygodnej mocy chłopaka zaczęły potwornie nudzić za -nastym razem. I jeszcze ta postać żeńska... Gdy pierwszy raz usłyszałem jej słodziaszny głosik, o mało nie puściłem pawia. A to wyczyn, zważywszy na mój staż w świecie bajek. Ta mała osóbka jest tak okropnie kontrastująca w porównaniu do goryla/głównego bohatera, że ich relacje wydają się kompletnie oderwane od rzeczywistości. Czasami nawet nie potrafiłem im kibicować, gdyż odrzucał mnie lukier wylewający się z ekranu i karykatura ich związku. Niekiedy w tle pojawiały się kłody wrzucone przez autorkę pod nogi dziwnej parki, lecz uczucia obojga nawet nie drgnęły, dalej w zaślepieniu wpatrywali się w siebie. Nie potępiam samego pomysłu, bo to standardowa sztuczka fabularna, lecz jeśli bohaterowie nie odczuwają wątpliwości, nie zdała swojej roli. Jeśli ptzykładowo pojawia się bohaterka, która chce coś namieszać, ale jest kompletnie olewana, to taką sytuację nazwałabym fillerem nie zaś gamechangerem. Ja oczekiwałem od tej historii, by dostarczyła mi ciekawy romans z głębszą fabułą i interesującymi zwrotami akcji a może nawet dramą. Co otrzymałem? Dziecinadę z przesłodzonymi postaciami i absurdalnymi sytuacjami. Nie mogę powiedzieć, bym się źle bawił, ale rozrywka na tym poziomie zasługuje co najwyżej na średnie noty. Szkoda, bo potencjał był. Komu polecę? Na pewno fanom romansów, bo docelowy target został określony już na początku. Czy komuś więcej? Chyba nie, bo brakuje tutaj pazura.

Shokugeki no Souma
Link do MALa

Walki na jedzenie – tak w skrócie można opisać tę bajkę. Shounen skupiający na starciach kucharzy mający miejsce w elitarnej szkole gastronomicznej. A zapomnieć nie można o drugiej bardzo ważnej rzeczy, a mianowicie wstawkach fanserwisowych. Może nie takich bezpośrednich ani dziejących się w świecie realnym (przynajmniej większość), lecz pojawiają się w zasadzie ni z gruchy ni z pietruchy i nie wprowadzają do fabuły kompletnie niczego. Chyba (tak wnioskuję) mają za zadanie podkreślać doznania organoleptyczne bohaterów degustujących potrawy, lecz pod tą wydumaną formułą kryje się stara jak świat "ecchi metoda" na podbicie oglądalności widokiem cycków. Ciężko powiedzieć, by mnie to odrzucało, ale poczułem się trochę walnięty w pysk przez kompletny brak szacunku dla mojej inteligencji, ale cóż poradzić. Oprócz tego elementu seria jest sztampowym do bólu shounenem wykorzystującym schematy i sztuczki znane dla tego gatunku. Główny bohater zdobywający nowe umiejętności? Kompani głównego bohatera przeistaczający się z niedorajdów w poważnych zawodników? Nędzny romans wiszący w powietrzu? Pojawiający się coraz trudniejsi do pokonania wrogowie? Retrospekcje? Wszędobylskie komentarze widowni starć kucharzy tłumaczące zawiłości kulinarne przygotowywanych potraw? Wszystko to jest. Ciężko znaleźć tutaj coś innowacyjnego. Ktoś powie: "shounen z jedzeniem", ale ja widziałem wcześniej Yakitate!! Japan i mam do oglądnięcia jeszcze Toriko (podobno ma podobny klimat), więc o innowacyjności nie ma mowy. Komu polecę? Fanom shounenów z dość ładną kreską i nietypowymi walkami. Lub też znudzonych życiem - idealnie się nada na zabicie czasu.

Dobrze, to byłoby na tyle w tym sezonie pełnym bajek. Wiele pozycji niewartych marnowania klawiatury ominąłem w wypisce, a jeszcze kilka w ogóle nie obejrzałem. Poziom był... dziwny, nierówny. Zwykle zostawiam sobie najsmakowitsze kawałki na koniec, tym razem jednak najsmakowitsze kawałki okazały się nędzne pod koniec, jakby dając mi pstryczka w nos. Dziwna sytuacja, całe szczęście, że znalazłem kilka perełek wcześniej. Ale reasumując, było może ciutkę lepiej niż ostatnio, niemniej dupy nie urwało. Zobaczymy, co będzie za trzy miesiące. Adieu!

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Wygenerowano w sekund: 0.07
957,933 unikalne wizyty