Nawigacja

Kanał IRC

Serwer: irc.rizon.net
Kanał: #rtt
Zalecane kodowanie: UTF-8
irc://irc.rizon.net/#rtt

Aktualnie online

Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 305
Najnowszy użytkownik: HejkaTuKredka

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Shoutbox

Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

06-02-2019 20:25
Raczej nie, chyba że uda mi się jeszcze ten jeden ostatni raz obudzić w sobie siódmy zmysł.

01-02-2019 08:38
Ło panie ta strona to jeszcze żyje??? Wiem, ze mieliście MEGA error, ale mam pytanie czy wiecie może coś o napisach do Saint Seiya Saintia Shou. Pojawią się kiedyś tutaj???

04-04-2017 19:23
Ok. Dzięki za odpowiedź.

04-04-2017 18:33
Szlag trafił wiele rzeczy i teraz musimy sobie z tym jakoś poradzić. Za kilka dni oczekuj newsa na stronie.

31-03-2017 20:07
Dobry. Szlag trafił czcionki do waszych napisów. Można się spodziewać zaktualizowania linków do nich?

27-09-2016 20:35
Na nocki za 150% stawki. Samo w sobie oczywiście nie wystarczyłoby, ale dość żeby nie musieć pracować na cały etat. A bardzo możliwe że w tym roku dostanę jeszcze stypendium.

26-09-2016 07:29
Chyba dobrze płatna fuszka, bo 10 tygodni to stosunkowo mało.

26-09-2016 00:33
bywa zaskakujące. Spotkałem w Holandii kuzynkę zaproszoną na dwa tygodnie przez kolegę. Nawet nie wiedziałem, że wyjeżdża. Świat jest mały.

26-09-2016 00:32
Ja tylko na 10 tygodni w wakacje, bo studiuje, a taki wyjazd jest mi w stanie zapewnić możliwość utrzymania się potem przez cały rok akademicki bez zarzynania się. I może wydawać się oczywiste, ale by

20-09-2016 19:59
Sry, nie czytam shoutboxa. Oczywiście, że za pracą, a dokładniej to za pieniędzmi, bo praca to jedynie przykry dodatek. Ja już w ojczyźnie, a jak u ciebie?

Archiwum shoutboksa

KKDD jesień/zima 2015

Podsumowanie jesień/zima czas zacząć. Miłej lektury!

Subete ga F ni Naru: The Perfect Insider
Link do MALa

Już nie raz się przekonałem, że mam dobrego nosa do znajdywania ciekawych bajek po samych obrazkach. W tym przypadku tak właśnie było. Seria zaczyna się kompletnie niestandardowo, ale niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Poniekąd odfiltrowuje widzów słabych psychicznie, ale to na pewno nie pomoże jej w zdobyciu serc szerszej widowni. Historia na początku to przegadane relacje studentki oraz uczelnianego profesora, których coś ze sobą łączy z jakieś nieznanego widzom powodu. Ona jest trochę nadpobudliwa, upierdliwa i dość ślepo zakochana, on z kolei zdystansowany, lekko flegmatyczny i przeważnie błyskotliwy. Ich konwersacje momentami skupiają się wyłącznie na filozoficznych gadkach-szmatach nie prowadzących w zasadzie donikąd. Nawet przez chwilę nie domyślamy się, gdzie ma prowadzić fabuła, i czy takowa w ogóle tutaj istnieje. Dopiero pod koniec odcinka coś zaczyna majaczyć na horyzoncie, a w drugim już gówno trafia w wiatrak rozpryskuje się na widzach szeroką paletą doznań. Nagle widz zdaje sobie sprawę, że z miałkiej obyczajówki wyrósł kryminał o tematyce programistycznej. Tak, mamy trupa i sterylne środowisko, do którego nikt nie ma dostępu, więc złapanie winowajcy będzie nie lada gratką. Nasi bohaterowie przeprowadzają śledztwo na własną rękę i powoli dochodzą po nitce do kłębka. Trwa to całe 8 odcinków i dla fana gatunku jest jazdą bez trzymanki na dzikim rollercosterze. Zaś dla pozostałej części widowni nudną gadaniną, bo, przyznaję bez bicia, akcji tutaj nie uświadczycie i wcale jej nie potrzeba, bo historia jest napisana naprawdę dobrze i odkrywanie kolejnych elementów układanki daje niesamowitą satysfakcję. Do tego dochodzą retrospekcje w każdym odcinku, które jeszcze bardziej zagęszczają klimat. Poruszono tutaj kilka dość przejmujących tematów tabu, których oczywiście nie wymienię, gdyż nie chcę zepsuć zabawy nikomu, ale nieźle doprawiły całość. Finał jest równie wolny, co początek, ale mimo tego konkluzję historii ogląda się z przyjemnością. Cóż mogę więcej napisać? Jeśli ktokolwiek jest fanem kryminałów detektywistycznych, ta została stworzona dla niego. Jeśli dodatkowo lubisz filozofowanie na temat ludzkiej egzystencji i dość inteligentne rozmowy głównych bohaterów, trafiłeś jeszcze bardziej. Ja kocham serie psychologiczne, więc podczas seansu czułem się rozpieszczany. Życzę, by wszyscy, którzy zdecydują się oglądać, byli tak zadowoleni jak ja.
O mało bym zapomniał, w bajce jest 7-minutowy dialog postaci po angielsku, który choć razi engriszem, jest dość imponujący na swój sposób. Dla tego typu smaczków bajkę naprawdę warto zobaczyć.

Lance N' Masques
Link do MALa

W obecnych czasach haremówki się przepoczwarzają - czy raczej mutują - próbując ukrywać swą prawdziwą naturę. Jednakże wytrawne oko starego wygi morskiego od razu dostrzeże prawdziwe oblicze danej serii. Tym razem ocieramy się o tematykę rycersko-bohaterską w dość niepoważnej otoczce. Mamy głównego bohatera, który trenował pod okiem najlepszych, jednak zbrzydł mu żywot wojownika i postanowił zaznać chleba powszedniego. Szkoda tylko, że cierpi na tzw. syndrom rycerza w lśniącej zbroi objawiający się niekontrolowanymi wybuchami rycerskości – ratowaniem dam z opresji, całowaniem ich rąk oraz wysłuchiwaniem i spełnianiem najróżniejszych próśb – co z koeli prowadzi do wielu absurdów. No ale koniec końców całość sprowadza się do haremu i stałego powiększania grona zauroczonych w naszym bohaterze dziewuszek. No i walk, gdyż tych też jest dużo, czasami nawet przesadnie dużo. Jednakże moim głównym zarzutem do serii jest jej żałosny budżet, który czasami wprawia w zakłopotanie prostacką animacją i uproszczoną kreska. Tego niesmaku oczywiście nie zaciera fabuła i dość jednowymiarowe postaci. Mutacja chyba nie przebiegła pomyślnie, gdyż seria nie odbiega aż tak znacząco do podobnych sióstr. Tak, wymyślono dość oryginalny motyw, lecz składniki pozostały te same. Czasami jedynie bohater odbiega od sztampowych standardów ciamajdy o dobrym sercu, gdy ubiera maskę na twarz. Wtedy nawet gotowy jest uznać jedną z dziewuszek za swoja córkę i pełnić dla niej rolę rodziciela (a dziewuszka wcale nie ma kilku lat). Lecz koniec końców wszystko sprowadza się do tego samego, rosnącego haremu i walk. Seria zakończyła się z wyraźnym nakierowaniem na sequel. Czy ten nastąpi? Szczerze wątpię , gdyż znaki na niebie i ziemi utrzymują mnie w przekonaniu, że ktoś zabrał się za realizację tego anime bez szczególnego pomysłu na to, jak sprawić, by odniosło choć minimalny sukces. Komu polecę? Fanom haremówek z lekkimi urozmaiceniami fabularnymi.

Young Black Jack
Link do MALa

Starszym widzom tej serii zapewne zapowiadać nie trzeba, gdyż ma już swoją renomę i ugruntowaną pozycję na rynku. A dla tych, którzy nie są w temacie w wielkim skrócie – to taki japoński doktor House. Seria od razu wpadła mi w oko, gdyż starsze iteracje wspominałem dość pozytywnie mimo typowego dla tamtych czasów kiczu. Tym razem jest trochę lepiej i to na pewno z powodu jakości HD jak i przyzwoitej kreski. Fabuła również wydaje się dość solidna. Główny bohater jest studentem medycyny, który posiada niezwykły talent do sprawnego posługiwania się skalpelem, przez co przeszczepy i rekonstrukcje to dla niego kaszka z mleczkiem. Lecz z racji, że dopiero się uczy fachu, każda operacja naraża go na dożywotnią utratę licencji lekarza, bo poniekąd łamie prawo. Niemniej dobre serce nie pozwala mu pozostawiać ludzkiego życia na pastwę losu, dlatego wykorzystuje swoje niezwykłe umiejętności, by nieść pomoc. Seria mimo lekkiego kiczu i uproszczeń wydaje się dość wiernie odwzorowywać reala medyczne, przez co widz nie powinien się czuć robiony w butelkę. Na dodatek niezwykłe sytuacje, w jakie wplątuje się nasz bohater, oraz dość ciekawe tło historyczne dodają całości ciekawego smaczku. Przenosimy się między innymi do Wietnamu, bo zakosztować dramatu wojennego. Oczywiście, ani przez chwilę nie zapominamy, że nasz heros jest geniuszem i na pewno poradzi sobie z wyzwaniami medycznymi, jakie rzuca mu pod nogi los, przez co pod tym względem seria jest trochę przewidywalna. Jednak pacjenci nie zawsze uchodzą z życiem z tarapatów, więc za to plus. I gwoli sprostowania - dr House był genialnym diagnostykiem, a Hazama zaś jest genialnym chirurgiem. Komu więc polecę? Na pewno wszystkim fanom sagi Black Jacka i ludziom znudzonym monotematyczni dyrdymałami ze słitaśnymi dziewuszkami w rolach głównych. Dajcie serii szansę i nie zrażajcie się archaicznymi elementami wplecionymi tu i ówdzie – jest naprawdę ciekawie.

One Punch Man
Link do MALa

Tworzenie wybitnych historii jest rzeczą karkołomną, czasami niemożliwą, a na pewno bardzo trudną. Niektórzy zapewne myślą, że przywilej ten przysługuje jedynie gronu wybranych – uzdolnionych artystów – a sam proces jest niemożliwy do pojęcia i niezwykle chaotyczny w swojej strukturze. Nie żebym znał odpowiedź na to nurtujące pytanie, lecz doświadczenie pisarskie podpowiada mi, że tak naprawdę najważniejszy jest solidny plan. Chaotyczność i żywiołowość może ma w dobrej historii znaczenie, ale dość marginalne i bardziej skupione na bieżących eventach. Co mam na myśli? Dobry plan systematyzuje główną oś fabularną i sprawia, że wszystko jest solidnie osadzone w wybranych przez autora założeniach, lecz w obrębie danych punktów planu autor może puścić wodze fantazji i napisać cokolwiek w danej chwili wpadnie mu do głowy. Tak proces twórczy widzę ja i możliwe, że tak stało się również w przypadku autora One Punch Mana. Skoro mamy już za sobą rozgrzewkę do gimnastyki umysłowej, przejdźmy do ćwiczenia właściwego. Wyobraźcie sobie, że tworzycie historię, w której główny bohater jest najpotężniejszym bytem we wszechświecie – co mianowicie implikuje, że nie ma sobie równych w walce. Tak, to można sobie wyobrazić i w zasadzie bez problemu. Lecz, żeby nie było za łatwo, określmy gatunek tejże historii – bijatyka. I tu zaczynają się schody. Bo gdyby nasz główny bohater występował np. w romansie, to jego przesadna siła nie ma znaczącego wpływu dla fabuły, a jedynie dodaje pewnego rodzaju pikanterii. Od razu przechodzi mi na myśl Ore Monogatari, gdzie występuje bohater bardzo sprawny fizycznie, w zasadzie nie mający sobie równych, lecz z racji, że ta bajka jest romansem, to ta sfera fabuły jest jedynie marginalnym dodatkiem. Jednak, co począć, jeśli w bijatyce główny heros jest tak silny, że pokonuje każdego jednym ciosem? Jak uczynić taką historię interesującą? To jest już dość zajmująca łamigłówka, której ja osobiście nie dałbym rady rozwikłać. Dobrze, że są ludzie z większą wyobraźnią ode mnie. Weźmy np. typ charakteru takiego bohatera. W bijatykach jest to zwykle ciężko pracujący dobroduszny idiota, lecz w naszym przypadku ten wzorzec się nie spisze. Jednocześnie nie może mieć przesadnych ambicji (bo wszystkich pokona w mig), musi być trochę bierny i momentami lekko przygłupi, by dochodziło do różnego rodzaju nieporozumień nie pozwalających mu użyć swojej niszczycielskiej mocy. Inaczej pstryknięciem palcami pokonałby wszystkich istniejących wrogów. Ten opis kogoś przypomina, prawda? Im głębiej analizuję różne aspekty OPM, tym bardziej uświadczam się w przekonaniu, że ta historia została bardzo dobrze przemyślana mimo powierzchownej głupoty i trywializmu na każdym kroku. By te wszystkie elementy łączyły się w całość, potrzebna jest jeszcze szczypta komedii, której tutaj nie brakuje. Na czym w zasadzie polega urok tej historii? Że siła głównego bohatera jest ukryta przez światem w wyniku wielu osobliwych splotów okoliczności - można to w zasadzie nazwać pechem. Gdyby nasz bohater był wynagradzany adekwatnie do swoich zasług, prawdopodobnie zostałby władcą wszechświata i całe dnie spędzał na złotym tronie. Tyle że to byłoby dla niego prawdopodobnie bardziej nudne, niż mieszkanie w dzielnicy pełnej potworów życiem zwykłego śmiertelnika. Czasami było mi trochę żal, że nikt oprócz paru bohaterów nic nie wie o zajebistości naszego łysola, ale to też sprawia, że jest na co czekać, bo przyszłość zapowiada się niezwykle miodnie. Gdybym miał coś zarzucić tej produkcji, to lekka bieda w relacjach damsko męskich, co z jednej strony jest kompletnie zrozumiałe, gdyż łysol wraz ze zdobyciem swoich mocy wyzbył się lwiej części uczuć definiujących ludzki byt – co za tym idzie również pociągu seksualnego. Co na swój pokręcony sposób jest ciekawe, lecz brakuje mi tutaj większej ilości bohaterek, by tę cechę jeszcze bardziej podkreślić i zamienić na komedię. Co od razu uświadomiło mi, że twórca historii podszedł do tematu samic bardzo świadomie i asekuracyjnie dodał niezbędne minimum, by nim od razu zaspokoić większość męskich gustów – mamy loli i wyrośniętą cycatą (ta druga niestety tylko w mandze). W zasadzie na tym należałoby zakończyć dywagacje i przejść do ostatniej części mej notki. Zamknę konkluzję w krótkich żołnierskich słowach: polecam każdemu. Historia jest ciekawa, graficznie jest miodnie (najbardziej pierwszy i ostatni odcinek – na nie poszło najwięcej kasy), muzycznie również, a jeśli ktoś uważa, że to historia jednego żartu (One Joke Man) to musi poczekać do kontynuacji, która może się opóźnić z powodu braku mangi, i powinna mu udowodnić, że się myli. Ja bawiłem się świetnie, miejmy nadzieję, że wy również.

Rakudai Kishi no Cavalry
Link do MALa

Poczułem się rozczarowany samym sobą. W tym sezonie z jakiegoś powodu wiele serii prezentuje stary jak świat gatunek heremowych bijatyk z elementami cyckowo majtkowymi - i właśnie ta produkcja zalicza się do tego grona. Do diabła, dobrze mi się ją oglądało! Na swoją obronę mam tylko tyle, że irytujące elementy w postaci heroiny tsundere (w tym gatunku to mus), nieuzasadnionych kadrów zza dupy i spod cycków, niewidzialnych kłód powodujących randomowe upadki bohaterów na samych siebie tutaj nie było, a przynajmniej w akceptowalnych ilościach. Zamiast tego seria skupiała się bardziej na walkach i paru mrocznych wątkach. Już sam opening lekko sugerował coś nietypowego w gatunku, a ostatni arc był tego apogeum i montażem przypominał produkcje Shaftu. A jakby tego było mało, to relacje bohaterów tutaj okazały się o wiele bardziej dojrzałe, gdyż z bezsensownego ecchi posunęły się bardziej w sferę uczuciową. Doczekaliśmy się nawet zawiązania się pary (sic!). Kombinacja tych wszystkich aspektów sprawiła, że ze wstydem muszę stwierdzić, że nieźle się to oglądało. Oczywiście, głupot jest tutaj wiele, bo konotacji z gatunkiem hremówek nie da się do tak sobie zerwać, ale chyba nie warto się nad nimi rozwodzić, bo każdy powinien sobie z nich zdawać sprawę. Te notki mają na celu uwypuklić elementy, które sprawiają, że dana bajka wyróżnia się pozytywnie bądź negatywnie na tle reszty. W tym przypadku moje pozytywne wrażenie było tak silne, że cóż... skupiłem się tylko na nim. Komu więc polecę? Fanom shounenowych bijatyk z wątkami haremowymi, bo to główny target, lecz równie mocno mogę polecić innym poszukującym czegoś odrobinę bardziej interesującego od reszty stawki. Jeśli macie chwilę, poświęćcie je na obejrzenie kilku odcinków, bo pierwsza dwa może nawet trzy nie zwiastują tego, co dzieje się potem.

Gakusen Toshi Asterisk
Link do MALa

Tym razem zaś jestem rozczarowany swoją naiwnością. Ostrzegam, że mam zamiar się często odnosić do notki powyżej, więc polecam ją przeczytać. Tak, w tym sezonie zekranizowano wiele haremówek. Jedną są lepsze a inne gorsze, to normalna kolej rzeczy. Co dziwne, początkowe wrażenie mnie zwiodły przynajmniej w przypadku dwóch z nich. Rakudai Kishi no Cavalry uznałem za typową paździerz, zaś tę bajkę za coś bardziej interesującego – moja opinia ukształtowała się po paru odcinkach. Niestety los spłatał mi figla i okazało się, że jest na odwrót. Główne bohaterki choć tak podobne, bo prezentują sztandar tsundere kompletnie inaczej ewoluują. Jedna akceptuje uczucia i pogłębia relację z wybrankiem serca, a druga zaś z kolei kontynuuje żenującą szopkę i udaje niezainteresowaną (dere?). Natomiast gama dziewuszek zainteresowanych głównym herosem również znacząco się różni na korzyść poprzedniczki (mniej=lepiej). Mamy 2 do 4 – ilość nie znaczy jakość, moi mili. Ale gwoździem do trumny okazuje się klimat, który jest w tym przypadku zwyczajnie zbyt cukierkowy i lekki. Może poprzedniczka zbyt wysoko podniosła poprzeczkę w tym aspekcie, ale czułem się trochę za bardzo jak dzieciak. Jestem przekonany, że gdybym nie miał w głowie świeżych wspomnień z innej serii podobnego gatunku, pewnie nie czułbym takiego rozczarowania, lecz cóż, stało się. Podsumuję: jest to do bólu zwykła haremówka z walkami i kilkuodcinkowymi epizodami wprowadzającymi na ekran kolejne dziewuszki. Romansu tutaj brak, zbereźności są dość umiarkowane, ale pretensjonalność niektórych sytuacji zwyczajnie irytuje. Za to muszę pochwalić budżet, bo graficznie jest nieźle i rzadko kiedy można się dopatrzyć niedoróbek graficznych. A na prawdziwy medal zasługuje ending, który naprawdę przypadł mi do gustu. Komu więc polecę? Na pewno fanom gatunku, bo poziom nie należy do najgorszych. Innym chyba nie, bo jeśli szukacie czegoś wyjątkowego, to źle trafiliście.

Sakurako-san no Ashimoto ni wa Shitai ga Umatteiru
Link do MALa

O tym, że anime uczy i bawi każdy chyba wie, prawda? Nie? W tym przypadku tak akurat jest. Wiedza na temat ludzkiej anatomii oraz różnych innych biologicznych aspektów człowieka jest zawarta w tej dość sztampowej seryjce detektywistycznej. Fabuła jest poprowadzona dość zgrabnie, dlatego wiedza jest nam wtłaczana do głowy w zasadzone bezboleśnie. Nim się zorientujemy, o co tak w zasadzie tutaj chodzi, już co nieco wiemy o ludzkim szkielecie i poszczególnych kościach z osobna. Dopiero jak się zagłębimy w czeluści tejże układanki zaczynamy dostrzegać poszczególne elementy, które niezbyt do siebie pasują, a przynajmniej mogłyby być lepsze. Seria skupia się na relacjach bohaterów prowadzonych do przodu za pośrednictwem rozwiązywania spraw detektywistycznych. Wiecie, to taki motor napędowy fabuły. Im więcej zagadek zostanie rozwiązanych, tym więcej dowiadujemy się o bohaterach oraz łączących ich relacjach. Szkoda tylko, że te nie są aż takie interesujące, jak mogłoby się wydawać na początku. Mówiąc wprost, irytują. Pomyślałem nawet, że może jakieś wątki romantyczne się nawiną, lecz (jak zwykle) się przeliczyłem. Główny bohater wydaje się dość zaślepiony i nie wiem, co by się musiało stać, by go rozruszać. No cóż taka wizja autorki. Same sprawy nie są ani złe ani też genialne, ale przesadnie nie nudzą, a dodatkowo trochę uczą. Tak naprawdę brakowało mi tutaj prawdziwego mroku i większego szaleństwa, by odrzucić miałkość i dodać całości pazura. No ale to moje prywatne preferencje. Graficznie jest dość dobrze, kreska jest szczegółowa, dba się o detale w różnych scenach. Muzycznie nie za bardzo, lecz nic gryzło mnie w ucho, więc nie ma co narzekać. Mój werdykt? Seryjka miała potencjał na bazie samego konceptu, lecz jej wykonanie niestety okazało się dość nijakie, a szkoda, bo kasa została wydana i należałoby ją spożytkować lepiej. Komu polecę? Fanom gatunku detektywistycznego, bo choć w tym sezonie premierę miał znacznie lepszy kryminał, da się to oglądać bez szczególnej żenady. A pozostali? Powiedzmy, że z braku laku i wy możecie nadgryźć zwłoki leżące pod stopami Sakurako (nawiązanie do tytułu, jakby ktoś nie zrozumiał aluzji).

Ore ga Ojousama Gakkou ni "Shomin Sample" Toshite Gets♥Sareta Ken
Link do MALa

Kolejna bajka wpisująca się w trend haremowych pierdółek, których w tym sezonie jest ci co nie miara. Ale czy to na pewno ta sama kreatura co pozostałe? Moim zdaniem nie, gdyż zamiast typowych cyków i majtek główny nacisk jest kładziony na humor. Seryjka mnie bawiła i (w tym przypadku) wcale się tego nie wstydzę. Sam aspekt romansowy został dość zaniedbany, gdyż główny bohater okazał się o wiele bardziej wyrachowany, niż można by przypuszczać na pierwszy rzut oka, przez co nie lgnie do dziewuszek z byle powodu, a jest kompletnie na odwrót. To właśnie cztery bohaterki przymilają się do niego przy każdej nadarzającej się okazji, by rozbudzić w nim uczucia. Bohaterki z kolei prezentują główne nurty współczesnych haremówek. Mamy głupią tsundere, panienkę z dobrej rodziny, tsundere z mieczem i błękitną loli o tendencjach ekshibicjonistycznych. Relacja z głównym bohaterem tej ostatniej jest dość ciekawa, gdyż on widzi ją on tylko w kategoriach dziecka, co jest kompletnie normalne i logiczne na nas, zwykłych ludzi, a jednocześnie łamie różne perwersyjne tabu, jakie narosły na temacie przez ostatnie lata bajek. Tematyka również wydaje się ciekawa i otwiera możliwości do ciekawych żartów. Mianowicie bohater trafia do szkoły bogatych panienek, gdzie musi je nauczyć życia pospólstwa, którego one kompletnie nie znają. Pierwszy kontakt z samcem je fascynuje, przez co nawiązują się dziwne sytuacje i gagi. Osobiście bawiłem się nieźle jak na ten gatunek, co jest chyba dobrą rekomendacją. Komu więc polecę? Na pewno fanom komedyjek haremowych, gdyż bajka trzyma poziom, a pozostałym może trochę, gdyż do ideału wiele brakuje, ale sama produkcja wydaje się solidna. Wolne popołudnie w weekend możecie poświęcić na ten tytuł, jeśli macie ochotę.

Kagewani
Link do MALa

Interesująca seryjka o przedziwnych bestiach siejących zamęt i śmierć. Domyślam się, że to kompletny eksperyment, który został wypuszczony, by zbadać grunt. Obawiam się, że jednak nic z tego. Z wyglądu nie przypomina nam niczego, co znamy na co dzień, gdyż użyto tutaj czegoś za zasadzie grafiki 2,5d. Jestem prawie przekonany, że wykorzystano program Adobe After Effects albo podobny (Final Cut Pro?), gdyż dostrzegam stockowe klipy z dymem, kurzem oraz innymi efektami cząsteczkowymi, które wykorzystuję sam. Może dlatego seryjka mi podeszła, gdyż dostrzegam krwawicę grafików podobnych do mnie? Może. Niemniej jest to coś zgoła innego, ale przez to zmuszającego nas do dokonania wyboru – kochamy czy nienawidzimy. Historia miała potencjał, lecz była prowadzona w dość odschoolowym stylu, gdyż zaczęło się epizodycznie, co było wstępem do konkretnej fabuły. Szkoda, że poczęstowano nas cliffhangerem, ale rozumiem, że otwarto sobie wrota do kolejnego sezonu. Czy warto obejrzeć? Odcinki trwają 7 minut każdy, więc nie stracicie za dużo życia, niemniej grafika pewnie wielu odstraszy. Osobiście polecam jako ciekawostkę, reszta zależy od was.

Ushio to Tora (TV)
Link do MALa

Baja zrobiona w starym stylu ze wszystkimi tego zaletami i wadami. Historia młoda nie jest, więc w sumie to jakby pewne następstwo. Kreska została tak pokazana, by uwypuklać brzydotę niektórych postaci – ludzi jak i potworów – co bezpośrednio przełożyło się na fakt, że trudno tutaj uznać jakąś postać żeńską za miłą dla oka, ale to akurat mało mi przeszkadzało. Seria należy do gatunku bijatyk ze wszędobylskimi żarcikami, ale to nie przeszkadza jej jednocześnie rzucać się na poważniejsze klimaty. Ludzie giną tutaj hurtowo i to oczywiście również na plus, gdyż ówcześnie trochę gatunek bijatyk sę ułagodził pod tym względem. Stare dobre czasy... Fabuła również jest prowadzona w starym stylu. Na początku mamy epizodyczne historyjki, które kreują nam otaczający świat, by potem objawić przed widzem wielką tajemnicę do odkrycia. I to właśnie wtedy bajka nabiera właściwych kolorów. Potyczki są dość brutalne i w bardzo miodny sposób przerysowane, co w starym wyjadaczu mojego pokroju roznieca w sercu iskierkę nostalgii. Historia choć standardowa, nieźle się prezentuje i nawet wciąga. Walki są dedykowane głównie fanom staroszkolnych bijatyk, bo poprowadzono je w wyjątkowo dramatogennym stylu pełnym krzyków, potu i łez. Co ciekawe, już zapowiedziano kolejny sezon, możliwe, że ostatni. Ja bawiłem się przednio, nie licząc paru dłużyzn. Na pewno czegoś takiego mi brakowało przy ogromie małych dziewczynek i cycków wylewających się z ekranu co sezon. Polecam fanom staroci.

Aquarion Logos
Link do MALa

Na tę serię da się spoglądać jedynie z perspektywy innych Aquarionów, a czym one były? W wielkim skrócie: dzieciaki orgazmujące w mechach. Tym razem ten aspekt trochę ułagodzono, i chyba tylko dlatego, bo w gronie bohaterów jest mała dziewczynka, więc jej orgazmy mogłyby trochę gorszyć. Ale to nic w porównaniu do tego, co uczyniono z fabułą. Niby to sequel, ale wszystko jest nowe, a główny motyw jest dosłownie wyciągnięty z dupy i to takiej niezbyt domytej. Walki toczą się o słowa. W tej bajce istnieje wymiar, który zawiera w sobie wszystkie istniejące słowa, które główny zły może splugawić i sprawić jakąś katastrofę. Wtedy nasza ekipa wsiada do bitewnych samolocików, łączy się w tytułowego Aquariona i rozwala personifikację owego słowa. Weźmy na przykład użyte przeze mnie wcześniej słowo: "dupa". Wyglądałoby to tak, że nagle ludziom na ziemi zaczyna doskwierać dupa i gdzieś powstały dupny potwór. Nasi bohaterowie napięliby poślady i ruszyli do boju, by go pokonać. W momencie zniszczenia bestii, ludzkość wreszcie mogłaby odetchnąć z ulgą. Na pewno czujecie absurd, prawda? Początkowe sekwencje to taka kalka Power Rangersów, zły dziad dziabie jakieś słowo, to staje się potworem, a nasza ekipa musi przerwać swoje codzienne czynności, by go pokonać. I tak w kółko. Gdzieś potem coś zaczyna się dziać, co trochę burzy tę rutynę. Gdyby nie to, seria byłaby niezdatna do oglądania. Na dodatek mamy paru ciekawych bohaterów, którzy już na pierwszy rzut oka dają się połączyć w pary. Niektórych kibicowałem, nie powiem, i ostatecznie byłem dość usatysfakcjonowany rezultatem miłosnych perturbacji. Sama fabuła była głupia jak but, tylko małe smaczki tu i ówdzie trzymały mnie przy ekranie. Graficznie jest dziwnie, z jednej strony mamy pełno błysków, fajerwerków, kolorowych mechów i tonę efekciarstwa, z drugiej design postaci to jakaś kompletna kiszka. Po pewnym czasie się przyzwyczaiłem, ale było ciężko. Muzycznie to w uszy rzucały mi się ostatnie odcinki, które grały na nostalgicznej nucie aż do przesady, przypominając openingi z poprzednich odsłon bajki, reszta była na tyle poprawna, że nie rzuciła mi się w ucho. Komu więc polecę? Fanom poprzednich Aquarionów oraz innych mechów o dość nietypowej fabule. Podczas seansu najlepiej wypić coś mocniejszego, bo na trzeźwo ciężko wejść w ten dziwaczny klimat bez odruchu wymiotnego. Jeśli przesadzicie z alkoholem, to i tak czeka was odruch wymiotny, więc lepiej uważać.

Owari no Seraph: Nagoya Kessen-hen
Link do MALa

W wielkim skrócie, ciąg dalszy walki ludzi z wampirami. Chyba każdy choć raz słyszał o tym tytule i pewnie jeśli to czyta, to musiał go choć chwilkę oglądać. Nie mam tutaj zbyt wiele do dodania w tej materii, bo bajka jest bezpośrednią kontynuacją, więc jeśli podobała wam się poprzedniczka, spodoba się i kontynuacja, a jeśli zaś gardziliście Serafem Końca, to nie powinniście tego tykać, no chyba, że macie masochistyczne zapędy. Powiem tak: niech ludzie sobie hejtują, ile chcą, mnie się bardzo podobało, i nieważne na ile hektolitrów pomyj się natknę w Internetach, nikt nie odbierze mi wspaniałych chwil z tą bajką. Co do fabuły... na końcu zrobił się taki burdel, że nie wiedziałem, co ja pacze. W pierwszym sezonie trochę się tym zdegustowałem, ale na szczęście teraz byłem już mentalnie przygotowany. Ale to zakończenie... Niech ich licho. Graficznie jest bardzo ładnie, choć design postaci wywołuje u mnie sraczkę. Postacie żeńskie mają gały, że ja pierdziele, przynajmniej faceci wyglądają w miarę dobrze, oprócz tych o chłopięcej urodzie, bo ci też... Aż zwieracze puszczają. Dobrze, że brutalności i dramy nie brakowało, inaczej mój seans nie byłby taki satysfakcjonujący. Muzycznie była tak fajnie jak w poprzedniczce – ale tylko jeśli chodzi o utwory w środku, bo opening i ending to kilka poziomów w dół, typowe japońskie gówno, a na dodatek śpiewane jakimś cienkim głosikiem. Pod tym względem poprzednicza góruje. Tyle w sumie, bo oprócz konkretów fabularnych i informacji z mojej poprzedniej notki nie da się już nic napisać. Polecam fanom prequela.

Owarimonogatari
Link do MALa

Im dalej zagłębiam się w sadze Monogatari, tym mniej sprawia mi ona radości. Teoretycznie zabiegi autora powinny mnie wgniatać w fotel, bo pokręconą fabułę to on potrafi budować. Dodatkowo wszystkie historie przeplatają się nawzajem, co sprawia, że każdy smaczek, który uda się nam odebrać, sprawia wiele satysfakcji. Historia jest również wymagająca mentalnie, jeśli pragnie się przewidywać fabułę i domyślać rozwiązania różnych zagadek. Te aspekty powinny sprawić, że bajkę będę oglądał z wypiekami na twarzy i wychwalał ją pod niebiosa. Tak się jednak nie stało i to z bardzo prostego powodu – chodzi mianowicie o bohaterów. Nie mam komu kibicować. Jestem przekonany, że szerokie grono ludzi kocha sagę Monogatari właśnie za pikantne postacie, które zachowują się w sposób dość niestandardowy. To prawda, ale im dalej w las, ty wyraźniej widać, że główna postać męska nie ma w sobie niczego interesującego. Początkowo dałem się zmylić, ale teraz widzę jak na dłoni, że to słabeusz o dobrym serduszku i wielkich chęciach – typ znany z dziesiątek innych bajek. Nałożono na niego kilka dodatkowych filtrów, ale rdzeń jest właśnie taki. Jego gust do kobiet jest słaby moim zdaniem, co przekłada się na kompletne zabicie romantyzmu w tej serii. Jedynie jego pedofilskie i kazirodcze zapędy odrobinę bawią i nadają mu minimalnej głębi, ale oprócz tego bieda. Wszystkich dziewuszek nie skomentuję, bo to nie recenzja zbiorcza, a notka o najnowszym sezonie. Warto jedynie wspomnieć, że pojawiła się jedna postać, która była bardzo interesująca w swój tragiczny sposób i naprawdę miało się ochotę ulżyć jej cierpieniom, ale jak dotychczas nic nie wskazuje na to, by miała się jeszcze pojawić w fabule. Reasumując, fabularnie poziom jako tako jest zachowany i nawet odrobinę się tłumaczy pewne zawiłości, lecz relacje postaci jak dla mnie są zbyt jednostronne i niezbyt posuwające się do przodu. Tendencja jest taka, że główny bohater służy bohaterkom za worek treningowy i okazjonalnie cel żarcików o zabarwieniu erotycznym, ale tyle. Brak mi czegoś wywracającego wszystko do góry nogami. Polecę oczywiście fanom poprzedniczek, bo tę serię się albo kocha albo nienawidzi (częściej to pierwsze).

Soukyuu no Fafner: Dead Aggressor - Exodus 2nd Season
Link do MALa

To chyba jeszcze nie koniec Fafnera, bo końcówka pozostawia gorzko-słodki smak z nutą cliffhangera. Chyba nie wypada tej serii opisywać, bo w sumie ma już chyba ponad 50 odcinków. Po więcej detali zapraszam do mojej wcześniejszej notki z poprzedniego sezonu. Ale jakby ktoś jeszcze serii nie nadgryzł, to w wielkim skrócie: są tą dramato-mechy z wieloma zgonami ważnych postaci i filozoficznymi dywagacjami na tematy egzystencjonalne. Ale do rzeczy. Drugie 13 odcinków miało znacznie większy poziom niż pierwszy i oglądało się je wyśmienicie. Ciężko to opisać osobie niewtajemniczonej, ale zwroty akcji, śmierci i drama skondensowały się w coś wyjątkowego. Momentami nie wiadomo, o co chodzi, ale to też pewnego rodzaju smaczek. No ale z jakiegoś powodu średnia serii nie przebiła bariery ośmiu oczek, więc idealnie nie jest. Ale jeśli ktoś ogląda drugi sezon Exodusa, znaczy to, że zaakceptował specyfikę bajki i zdecydował się dobrze bawić, a nie doszukiwać niedoróbek. Cóż mogę powiedzieć więcej. To bardzo dobry sequel starający się eksperymentować z fabułą i próbować nowych rzeczy. Polecam jedynie fanom tego uniwersum.

Noragami Aragoto
Link do MALa

Najpierw małe sprostowanie. Nie dajcie się zwieść, że Noragami to stuprocentowy shounen. Fabuła została wymyślona przez dwie babki i pewne konotacje są dość namacalne w strukturze bohaterów. Jedzie dziewuszka i dwóch facetów w głównej paczce plus zero jakiegokolwiek ecchi. Ale nie wspominam o tym, bo jest mi czegokolwiek żal, gdyż właśnie z tego powodu seria mnie uwiodła. Niemniej chciałem to zaznaczyć, by była jasność. Ale do rzeczy, to sequel bajki o tym samym tytule. Moim zdaniem kawał dobrej animacji o niezbyt innowacyjnej, ale dobrze poprowadzonej fabule. Bo starcia japońskich bóstw prezentowano nam już nieraz, więc w tym przynajmniej aspekcie nie ma sensu dopatrywać czegokolwiek szokującego. Chyba najciekawsze są relacje postaci oraz ich rozwój. Również tajemnicza przeszłość głównego bohatera dodaje pikanterii całej otoczce. Drugi sezon jest podobny do pierwszego prawie pod każdym względem, więc nie ma się co zbytnio rozpisywać, wszakże prequel już odnotowałem na łamach tego kącika. Kontynuacja jest solidna i łaskawie tłumaczy nam różne tajemnice, dlatego oglądało się ją nawet lepiej od oryginału. Znowu mógłbym pochwalić kreskę, ale to w sumie niepotrzebne. Muzycznie nic się nie wyróżniało oprócz openingu trzymającego stylistykę pierwszego, a możliwe, że będącego nawet fajniejszym. Nie warto pisać, więcej, bo i tak mało kto tutaj zerknie. Polecam fanom części pierwszej, bo to godna następczyni, jeśli kogoś zainteresował ten dość ubogi opis, zapraszam właśnie do niej.


I to byłoby na tyle z serii ciekawych. Jeśli kogoś interesują moje masochistyczne zapędy, zapraszam do lektury moich wrażeń z bajek, które mi się nie podobały.


Shinmai Maou no Testament Burst
Link do MALa

Seria będąca dość mocną zrzynką z Highschool DxD. Podobne są tutaj główne motywy jak i design kluczowych fabularnie postaci. Największa różnica polega na tym, że ta seria nie ma kompletnie żadnych hamulców, jeśli idzie o treści uznawane powszechnie za obelżywe. Zapewne ci, którzy znają DxD, nie potrafią sobie nawet wyobrazić, jak coś może być jeszcze bardziej sprośne, ale niestety tak jest. Tutaj bohaterki to rozwiązłe nimfomanki rzucające się głównemu bohaterowi do łóżka w negliżu w zasadzie przy każdej nadążającej się okazji. Z powodu tak potwornego nadmiaru ecchi (w zasadzie jest to hentaj), traci one swoją wartość dodaną, gdyż nie ma w nim nawet krzty humoru, a jedynie płytkie zaspokajanie zwierzęcych potrzeb. Fabularnie to nic nowego w gatunku. Walki demonów, obrońców ludzkości, bogów i spiski majaczące gdzieś w mroku. Seria nie ma niczego wartego najmniejszej uwagi, jeśli ma się więcej niż 14 lat. Komu polecę? Niewyżytym dzieciakom i zagorzałym fanom twardego ecchi będącego czymś na wymarciu z powodu swej okropności.

Diabolik Lovers More,Blood
Link do MALa

To kompletnie nie moja bajka – sensu stricte jak i metaforycznie. Ta seryjka to coś dla dziewczyn i do tego nie takich zwykłych, lecz o skłonnościach masochistycznych. Bo co tutaj mamy? Główna bohaterka jest przetrzymywana przez wampiry w ich domu i służy im praktycznie jako zakąska przed snem. Nie dość, że jest wyjątkowo płytka, to jeszcze daje się poniżać i redukować swoją egzystencję do posiłku. W tym sezonie złapały ją inne wampiry, więc paleta przystojnych krwiopijców się znacznie poszerzyła. To samo można rzec o sadystycznych zabawach, jakie fundują bohaterce. Cóż, jak wspomniałem, to nie moja bajka. Komu więc polecę? Dziewczynom o upodobaniach masochistycznych i tylko im. Dla reszty populacji seria kompletnie chybiona i nieciekawa.

Hidan no Aria AA
Link do MALa

Kolejny spinoff zmniejszający nacisk na bohaterów, a skupiający się na bohaterkach i do tego w liczbach hurtowych. Może i rynek potrzebuje lesbijstwa w formie soft z postaciami występującymi w innych bajkach, które wydawały się hetero, ale ogląda się to podle. Żadnych wygórowanych oczekiwań tutaj nie było z mej strony, gdyż sama poprzedniczka była miałka i dość słaba, lecz podobnej abominacji się nie spodziewałem. Wszędzie te cholerne dziewuszki robiące słitaśne rzeczy. Oczywiście nie zrezygnowano z walk na pistolety będące częścią świata przedstawionego w poprzedniczce, ale niewiele to tutaj pomogło. Fabularnie nieciekawa seria kończy się nijako i o zgrozo zostawia lukę na kontynuację. Boże uchroń. Komu polecę? Masochistom lubującym się w walczących dziewczynkach ze spluwami i lesbijstwa w wersji soft bez istotnych postaci męskich oraz marginalizowania ich ról do wspominków będących cienką nitką z serią bazową. Dla reszty bajka kompletnie nie do obejrzenia.

Comet Lucifer
Link do MALa

Seria robiąca pozory czegoś bardziej interesującego niż jest w rzeczywistości, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie po obrazku i kilku pierwszych odcinkach. Budżetu chyba na nią nie zabrakło, bo animacje wydają się dość solidne, a o bardzo szczegółowych modelach do CG nie wspominając. Co więc poszło źle? Rzecz prozaiczna do bólu, fabuła jest zwyczajnie słaba i nie da się tego oglądać z zainteresowaniem. Może jakby się nawalić, potem z kolegami usiąść na sofie i robić sobie bekę z tej bajki, to może coś by z tego jeszcze wyszło, ale do normalnego patrzenia zwyczajnie się nie nadaje. Czy więc komuś polecę? Jakimś znudzonym duszom bez celu w życiu i kupą czasu. Nikomu innemu.

Yuru Yuri San☆Hai!
Link do MALa

Co tu dużo pisać, to któraś już tam odsłona seryjki o słodkich dziewczynkach robiących słodkie rzeczy. Czego można się tutaj spodziewać? Różnych dziwnych rzeczy. Przeważnie chodzi o zderzenia dziwnych typów charakterów i wyników tych kolizji będących psudo-śmiesznymi sytuacjami. Fakt, że nie ma tutaj żadnych postaci męskich, nie zniechęcił twórców do pokazania wątków miłosnych – chyba wiecie, co to oznacza. Ma to być fajne i ma to bawić, bo każdy zapuszczony i obleśny animefan musi marzyć o możliwości podglądania dziewczynek z ich naturalnym środowisku. To niestety nie mój gatunek i seansem byłem szczerze zdegustowany i zwyczajnie znudzony. Komu w takim razie mógłbym polecić? Jakby zerknąć na średnią, to chyba każdemu, gdyż wniosła się ponad 8 oczek, ale jak na mój gust to tylko zasługa fanobojstwa. Rekomenduję na pewno fanom dziewczęcych slice of lifów bez konkluzji czy konkretnej fabuły. Pozostałym chyba nie, bo są lepsze przedstawicielki tego gatunku.

Taimadou Gakuen 35 Shiken Shoutai
Link do MALa

Można rzec, że zmarnowany potencjał. Lecz nawet, gdyby wydobyć z tej serii wszystko, co najlepsze, i trochę inaczej zaaranżować, to dalej do ideału daleko by brakowało. Bajka zalicza się do haremów słabego sortu, więc szukać głębi tutaj niepodobno. Z komedią również nie jest za dobrze, więc pozostają jedynie cycki i majtki. Te występują tutaj w standardowej formie – czyli przypadkowych potknięć jak i (w znacznie większym natężeniu) fanserwisu plażowego oraz przebieranek z radnomowe skąpe stroje. Bida z nędzą. Ale wracając do potencjału. Gdzieś pod koniec bajki okazuje się, że główny bohater ma dość tragiczną przeszłość, która nagle wychodzi na wierzch. Czemu lepiej nie przyłożono się do tematu? Z tego dało się zrobić coś znacznie mroczniejszego i poważnego. No wiem, że zaplanowano tempo w taki a nie inny sposób, by zacząć rozwiązywać problemy dziewuszek od najlightowszego do najcięższego, ale to się zwyczajnie głupi pomysł. Główny bohater beztrosko bawi się z koleżankami i wykonuje zlecenia, nawet odcinek plażowy się przyplątał, i nagle JEB. Moim skromnym zdaniem elementy układanki do siebie nie pasują, przez co powstało takie "coś". Komu polecę? Na pewno fanom haremowych bijatyk, bo chyba nikomu innemu zważywszy na poziom produkcji.

Valkyrie Drive: Mermaid
Link do MALa

"Jezu, wybacz mi, że zbiłem, lecz tej suki nie zdzierżyłem" – mówią słowa piosenki, które nie mają kompletnie nic wspólnego z tą bajką. No może trochę... Też chętnie bym te suki zdzielił, ach, jak mnie ręka świerzbi. Ta bajka to pokłosie perełek pokroju Queen’s Blade. Roznegliżowane panienki biegające z wielkimi mieczami, toporami, pistoletami i mordujące się ku uciesze widza. Pełno tutaj brutalności i zwyrodnialstwa, które nie pozwala się cieszyć choćby sekundą seansu. Na dodatek jakby tego gówna było mało, dojebano nam w oczy lesbijstwem do sześcianu. Wiem, że ta bajka niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, ale autorzy naocznie nam zaprezentowali, co się może dziać na oderwanej od świata wyspie, jeśli zamknięte się na niej zgraję nastolatek z supermocami. Sodoma i gomora, moi kochani, sodomia i gomoria. Zbiorowe gwałty, brutalność, tworzenie się sekt, obsceniczne rozrywki... Totalny rozpierdol i burdel na kółkach. A najzabawniejsze jest to, że ktoś sobie napisał taki autorski scenariusz i zdobył kasę na zrobienie anime, bo żadna manga czy inna nowelka wcześniej o takim tytule nie powstała. Nie było lepszego materiału do ekranizacji? Komu polecę? Nikomu! Bo ta baja to personifikacja samego szatana!

Concrete Revolutio: Choujin Gensou
Link do MALa

Kolejne już z kolei anime odwołujące się do pewnego konceptu myślowego – co by było, gdyby na naszym świecie pojawili się ludzie o nadnaturalnych mocach. Jak zareagowałoby na nich społeczeństwo? Jak mielibyśmy się względem nich zachowywać? Jak ich karać za zbrodnie, skoro mogą nas z łatwością zniszczyć? Na te i wiele innych pytań stara się odpowiedzieć ta produkcja. Czy jej się to udaje w sposób satysfakcjonujący? Chyba nie do końca, ale kilka razy zmusiła mnie do refleksji. Dodatkowo fabuła jest prowadzona dość oryginalnie, bo czasami akcja przenosi się do znacznie w przyszłość i opowiada, jakie konsekwencje miały czyny bohaterów. Niekiedy zaś przeskakuje chaotycznie z miejsca na miejsce, zapoznając nas z różnymi postaciami, i prowadząc do konkluzji. Nic nie jest tutaj jednoznaczne i to wydaje się niezwykle interesujące, ale widzowi takiemu jak ja nie oglądało się tego satysfakcjonująco. Momentami przekombinowano i zwyczajnie seans sprawiał trudność. Choć elementy układanki wydają się dobre, chyba źle je ułożono. Tę próbę podejścia do tematu uważam znowu za spaloną. Komu polecę? Ludziom ciekawym czegoś innego od głównościekowego gówna, ale nie oczekującym złotych gór i dodatkowo posiadającym odrobinę wolnego czasu i cierpliwości.

K: Return of Kings
Link do MALa

Seria, która jest dla mnie dość osobliwym eksperymentem. Z jednej strony mamy warstwę wizualną, która wgniata w fotel i to prawie w każdym aspekcie, zarówno tłami, animacjami jak i postaciami. Jest żywcem wzięta z trylogii Mardock Scramble, ale to tylko na plus, bo tam wizualia stały wysoko, i choć były specyficzne, potrafiły ująć za serce. Z drugiej strony mamy jednak fabułę, która jest jakąś pokraczną masą przeróżnych osobliwości. Logiki tutaj nie jest za wiele, a postaci z kolei taka masa, że ciężko mi polubić choć jedną na poważnie. Sądząc po średniej, ludzie przeważnie są zadowoleni z bajki, więc mam naoczny dowód, że twór ten może się jednak podobać. Ja akurat jestem po drugiej stronie barykady i cóż tutaj poradzić? Komu polecę? Fanom poprzednich produkcji ze świata K oraz abstrakcyjnych bijatyk z niecodzienną warstwą wizualną.

Anitore! EX
Link do MALa

Hahah, zbereźnicy jedni, to coś dla was. Nie dość, że możecie sobie pooglądać dziewuszki w pozach uznawanych za prowokacyjne, to jeszcze ruszyć spasłe dupy. Polecam tak: zassać bajkę, dorwać się do dużego telewizora, najlepiej 42 cale, wypalić bajkę na płytce bądź skopiować na pendriva i zapuścić na zestawie 7.1. Potem ubrać jakieś krótkie spodenki i razem z dziewczynkami na ekranie wykonać parę ćwiczeń. I jak jeszcze ktoś wam wejdzie do pokoju w tym czasie, to już totalnie pozamiatane. Polecam wszystkim z całego serca!

I to byłoby na tyle, moi kochani. Paradoksalnie znalazłem w tym sezonie o wiele więcej perełek, niż się spodziewałem. Przynajmniej w mojej osobistej skali sezon był naprawdę interesujący. To byłoby tyle w sumie. Dziękuję wszystkim za lekturę i pozdrawiam. Do zobaczenia za kwartał! Jak Bozia da!

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Wygenerowano w sekund: 0.08
845,979 unikalne wizyty