Nawigacja

Kanał IRC

Serwer: irc.rizon.net
Kanał: #rtt
Zalecane kodowanie: UTF-8
irc://irc.rizon.net/#rtt

Aktualnie online

Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 300
Najnowszy użytkownik: ofal

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Shoutbox

Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

04-04-2017 19:23
Ok. Dzięki za odpowiedź.

04-04-2017 18:33
Szlag trafił wiele rzeczy i teraz musimy sobie z tym jakoś poradzić. Za kilka dni oczekuj newsa na stronie.

31-03-2017 20:07
Dobry. Szlag trafił czcionki do waszych napisów. Można się spodziewać zaktualizowania linków do nich?

27-09-2016 20:35
Na nocki za 150% stawki. Samo w sobie oczywiście nie wystarczyłoby, ale dość żeby nie musieć pracować na cały etat. A bardzo możliwe że w tym roku dostanę jeszcze stypendium.

26-09-2016 07:29
Chyba dobrze płatna fuszka, bo 10 tygodni to stosunkowo mało.

26-09-2016 00:33
bywa zaskakujące. Spotkałem w Holandii kuzynkę zaproszoną na dwa tygodnie przez kolegę. Nawet nie wiedziałem, że wyjeżdża. Świat jest mały.

26-09-2016 00:32
Ja tylko na 10 tygodni w wakacje, bo studiuje, a taki wyjazd jest mi w stanie zapewnić możliwość utrzymania się potem przez cały rok akademicki bez zarzynania się. I może wydawać się oczywiste, ale by

20-09-2016 19:59
Sry, nie czytam shoutboxa. Oczywiście, że za pracą, a dokładniej to za pieniędzmi, bo praca to jedynie przykry dodatek. Ja już w ojczyźnie, a jak u ciebie?

19-09-2016 19:42
Ciekawe, czy ktoś jeszcze zagląda na stronę. Może trzeba wydać coś zajebistego na listę, to się coś ożywi, hehe.

15-09-2016 01:39
@DD Wieki tu nie zaglądałem i teraz przypadkiem wpadłem i patrzę że też byłeś w Holandii w tym samym czasie co ja. Też wyjazd za pracą?

Archiwum shoutboksa

KKDD zima/wiosna 2017

Podsumowanie zima/wiosna czas zacząć. Miłej lektury!

3-gatsu no Lion
Link do MALa

Seria bardzo mnie zdziwiła. Po obrazku i kresce wydawało mi się, że mam do czynienia z okruchami życia przeplatanymi romansem. Miałem przed oczami jeden już dość stary tytuł, a mianowicie Honey and Clover – który jak się okazało, został stworzony przez tę samą autorkę, więc poniekąd instynkt dobrze mnie pokierował. Wstęp okazuje się dość spokojny i poniekąd niereprezentacyjny, gdyż dalsza akcja różni się znacznie od pierwszych paru odcinków. A co pokazuje się nam na początku? Dołującą historię młodego gracza Shogi (udziwnione japońskie szachy), który nie miał zbyt dobrego startu w życiu. Teraz jego sytuacja lekko się stabilizuje dzięki trzem dziewczynom dającym mu namiastkę rodzinnej atmosfery. Klimat z czasem tężeje, by zalać widza niespodziewaną falą mroku. A gdy już się oswoimy z dramatem, to nagle wszystko się rozpływa i odchodzi w odstawkę, a pierwsze skrzypce zaczyna grać sport. Nie mówię, że aspekty sportowe wcześniej nie występowały, ale nacisk był postawiony głównie na warstwę emocjonalną bohaterów. W momencie, gdy Shogi staje się motywem głównym, na serię patrzy się kompletnie inaczej niż wcześniej - jakby bardziej lekko. Oczywiście autorka nie rezygnuje kompletnie z powagi, ale to już nie to samo, co wcześniej. A jak prezentuje się całość? Dosyć osobliwie. Serie sportowe z mocną dramą nie są niczym nowym w gatunku, ale tutaj ta dziwna otoczka melancholii sprawia, że tytuł może męczyć i przynudzać. Akcji również trudno tutaj uświadczyć z racji, że Shogi to gra statyczna. Paradoksalnie widz nie jest zagłębiany w zasady tej dyscypliny, więc w zasadzie spogląda na mecze, których nie rozumie i tylko się domyśla z dialogów, kto wygrywa. A co z postaciami? Większość to faceci, a na dodatek wykreowani przez babkę, więc możecie się domyślić mniej więcej jak się prezentują. Kobitki też się pojawiają, z początku nawet dużo, ale im dalej w las, tym coraz bardziej odsuwane są w odstawkę – nietypowe. Mnie to jednak nie przeszkadzało w ogólnym rozrachunku. Przeszkadzało mi za to, że główny bohater okazuje się być cipką i w sumie oprócz użalania się nad sobą niewiele wskórał. Od pewnego momentu obserwuje zmagania innych ludzi, nie biorąc w nich konkretnego udziału, więc już całkiem okazuje swoją bezradność. Seria kończy się cliffhangerem, więc domyślam się, co ten motyw miał na celu (zaostrzenie apetytu głównemu bohaterowi, by poprawił umiejętności i podjął walkę z silniejszymi przeciwnikami), ale wydawało mi się to niesatysfakcjonujące. Ostatecznie byłem dość niepocieszony serią, bo: okazała się być czymś kompletnie innym niż sądziłem, brakowało w niej tego czegoś, by przykuć mnie do ekranu, bohaterowie byli dość miałcy na dłuższą metę. Gdy dominowała drama, sportu było mało, a gdy dominował sport, gdzieś uciekł klimat. I jeszcze ta trudna do przełknięcia nuda… Komu polecę? Fanom psychologicznych sportówek, którzy nie boją się emo postaci i bardzo wolno rozkręcającej się akcji.

ACCA: 13-ku Kansatsu-ka
Link do MALa

Czy macie ochotę na powiew świeżości w tym zawładniętym moe i cyckami świecie? Jeśli tak, to nadarzyła się niepowtarzalna okazja, by to uczynić. Ale pozostaje pytanie, czy ten rześki powiew nie okaże się czasem w jakiś śmierdzący dmuchem. Jak to zwykle bywa, można powiedzieć: tak i nie. Seria zalicza się do tych polityczno-gospodarczych z intrygami w tle. Akcja jest bardzo stonowana, więc na wybuchy i fajerwerki nie macie co liczyć. Co możecie za to zrobić, to ruszyć mózgownicą i się domyślać, gdzie kryją się spiski. Pierwsze odcinki ślimaczą się mocno i jeśli zdołacie przez nie przebrnąć, to istnieje duża szansa, że bajka was kupi, bo potem jest lepiej. Początkowo nawet do końca nie wiadomo, o co tutaj będzie chodziło, gdyż okruchy życia flegmatycznego urzędnika państwowego wydają się średnim motywem. Po przydługim wstępie jest lepiej, ale mimo tego do perfekcji dużo brakuje. Ciągnące się przez serię widmo zamachu stanu w celu obalenia rodziny królewskiej tylko w teorii sprawia wrażenie poważnego i zapowiadającego krwawą rzeź. Widocznie za bardzo się przyzwyczaiłem do produkcji typu Gra o Tron, gdzie zgony to coś tak normalnego jak poranna kupa. Tutaj tego mi właśnie brakowało, bo najokropniejszą i najbardziej deprawującą rzeczą, jakiej dopuścili się bohaterowie, było palenie papierosów (zły przykład dla młodzieży!) i jedna strzelanina. Niezbyt pokaźny dorobek jak na serię ukierunkowaną na starszego widza. Wszystko jest dość łagodne i mimo paru bardziej niebezpiecznych sytuacji, każdy z bohaterów dobrze kończy (z dwoma małymi wyjątkami). Widmo zakończenia również zapowiadało więcej mroku i powagi, a okazało się, że dobro wygrało a zło doznało jedynie ujmy na honorze. W sumie mogłem się tego spodziewać, ale przez cały seans liczyłem na coś ostrzejszego. Ale mimo tych faktów, zadziwiająco przyjemnie mi się to oglądało. Widocznie świeży powiew był mi potrzebny, nawet, jeśli lekko zalatywał obornikiem. Ale jednej rzeczy serii nie odmówię, a mianowicie kreski i muzyki. Ładna animacja i dość grube kontury (przypominają staroszkolną ręcznie malowaną kreskę) idealnie ze sobą współgrają i jak dla mnie zbudowały klimat tego anime. Komu polecę? Na pewno fanom trochę innej tematyki w bajkach oraz lubującym się w pałacowych intrygach oraz polityce w wersji light – coś jak lekka przystawka przed obiadem. I bym zapomniał – takiej ogromnej ilości zjedzonych produktów mącznych na ekranie dawno nie wiedziałem.

Ao no Exorcist: Kyoto Fujouou-hen
Link do MALa

No i proszę bardzo, niewyczekiwana przeze mnie kontynuacja bajki o piekielnym bękarcie i jego przygodach w świecie egzorcystów. Oglądając ten sezon, miałem dziwne deja vu aż do mnie dotarło, że dawno temu czytałem mangę z jakiegoś osobliwego powodu, co sprawiło, że znałem fabułę. A ta zaczęła się idealnie tam, gdzie skończyła się poprzedniczka (nie licząc fillera). Co mogę powiedzieć o tej bajce? Że prezentowała taki sam poziom jak poprzedniczka. Trochę walk, trochę emocenia, szczypta dramy i happy end na końcu. Bo wiecie, że siła przyjaźni pokona wszelkie przeszkody losu, prawda? Naprawdę ciężko mi coś tutaj napisać, gdyż niewiele mam do przekazania. Konkluzja jest taka, że produkcję polecam tylko fanom poprzedniczki (zresztą nie sądzę, by ktokolwiek inny to czytał). Ja sam zadowolony nie byłem z seansu i zaintrygowało mnie, co wystawiłem poprzedniemu sezonowi – ocena 4/10 okazała się adekwatna i w tym przypadku. Pozdrawiam wszystkich i adieu!

?lDLIVE
Link do MALa

No tak, w taki oto sposób wygląda kolejne dzieło autorki Hitman Reborn. Kobita jest jedną z nielicznych babek, które odniosły sukces w malowaniu shounenów, więc chyba powinien się jej należeć szacunek, prawda? Tyle że jej poprzedni tytuł nie załapał mnie za serce, więc ciężko mi się z tym zgodzić. W tym wypadku powieliła swoje poprzednie schematy, a zmieniła jedynie tło akcji i realia. Znowuż mamy ciamajdę, który musi się odnaleźć w nowej sytuacji życiowej polegającej na walkach z obcymi, i jego powolne level upy. Poboczne postacie męskie to w większości pięknisie, co wynika pewnie z płci autorki, za to chyba pojawia się więcej dziewczyn niż poprzednio i wprowadzono nawet elementy ecchi. Tyle z szybkiej analizy. Ogólnie to produkcja jest słaba i kiczowata w złym tego słowa znaczeniu. Może się podobać chyba tylko młodym bajkofanom albo ludziom o dziwnych upodobaniach. Dla reszty będzie to osobliwy orzech do zgryzienia, którego wnętrz prawie na pewno rozczaruje, o ile uda się wam rozłupać łupinę. Brak w tej produkcji czegoś unikatowego i jednocześnie porywającego. A teraz coś zabawnego. Jedna z bohaterek nazywa się (jak dobrze wnioskuję) Weronika Borowicz i jest Polką, choć Japońcy usilnie chcą nam sprzedać jej ruskie pochodzenie. Używa nawet ataku ze słowem „Kopnięcie”, więc sami oceńcie, czy mam rację. Natomiast jeśli się mylę, naprostujcie mnie w komentarzach.

Kono Subarashii Sekai ni Shukufuku wo! 2
Link do MALa

Słyszałem wiele złego o tej kontynuacji, dlatego nastawiłem się do drugiego sezonu sceptycznie. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że poziom został utrzymany, a momentami nawet lepiej się bawiłem niż zeszłym razem (było to dość dawno, więc moje wspomnienia mogły się wypaczyć). Konosuba jest tworem komediowym i w zasadzie poza komediowymi wstawkami niewiele rzeczy tutaj trzyma przyzwoity poziom. Jedne z pierwszych doniesień okazały się niestety słuszne, jakość animacji poszybowała w dół. Oprócz paru wyjątków postacie wydają się dziełem niedbałych praktykantów, a nie profesjonalnego studia. Ten kalający nasze oczy stan broni się tylko dlatego, że prześmiewcza i komediowa otoczka produkcji sprzyja tego typu prymitywnej szacie graficznej. Muzycznie jest poprawnie, nic nie rzuciło mi się w uszy. Fabularnie jest ubogo jak i w poprzedniej odsłonie, głównie chodzi tutaj o to, by plot był pewnego rodzaju korkową tablicą, do której można przypiąć kolejne gagi i żarty. Tablica ma być na tyle solidna, by przypięte do niej elementy nie spadały, i jednocześnie na tyle bezpłciowa, by ich nie przyćmiewała. Tym razem mamy za sobą wstęp do historii, więc od razu twórcy wrzucają nas na głęboką wodę i pozwalają wszystkim postaciom rozwinąć skrzydła. Miałem nieodparte wrażenie, że szaleństwo czasami było większe niż wcześniej, co jest logiczne z tego punktu widzenia, że sequel musi być lepszy od pierwowzoru. Zaletą i wadą tej serii jest jej główny motyw. Jeśli kogoś bawią gagi na ekranie i nie liczy na ambitną fabułę, będzie wniebowzięty. Natomiast, jeśli ktoś czuje się znudzony powtarzanymi do znudzenia żartami i oczekuje akcji, znienawidzi tę produkcję z całego serca. Komu więc polecę? Fanom sezonu pierwszego jak i lubującym się w pokręconych komedyjkach. Reszcie odradzam.

Sousei no Onmyouji
Link do MALa

Rok czekania. Czy było warto? Bajka należy do gatunku bijatyk dla młodych chłopców. Założenia są proste jak budowa cepa, bo skoro w tytule mamy słowo „egzorcysta”, to walka z diobłami sama się nasuwa, prawda? Do tego schematu dodano tylko jedno udziwnienie, a mianowicie odgórnie narzucono nam parring głównych postaci. Bo rozumiecie, ich potomek będzie jakimś tam super egzorcystą, który przywróci światu równowagę, więc choćby się srało i waliło cała społeczność egzorcystów zadba o to, by tych dwoje zaruchało. Pomyślałem, że ten element będzie powiewem świeżości, ale się przeliczyłem, bo romansu tutaj nici, a motyw został głównie wykorzystany do wstawek komediowych, bo oprócz tych ciągle obcujemy z walkami. Podobało mi się to, że momentami mrok wylewał się z ekranu litrami, a jucha tryskała raz na prawo a raz na lewo. Ale niestety nie zmieniło to faktu, że prowadzenie narracji stało na bardzo niskim poziomie i zanudzało czasami niemiłosiernie. Gdzieżby się nie odwrócić, to sztampa i schematy. Autor nie miał ciekawych pomysłów, więc pojechał po najniższej linii oporu, co niestety też udzieliło się studiu, bo animacja kulała w paru (a może nawet więcej niż paru) miejscach sromotnie. Widocznie 50 odcinków to za dużo. Komu polecę? Ciekawym shounenów z dużą ilością odcinków, bo to już wymiatający gatunek, i mającym więcej wolnego czasu niż potrafią zagospodarować. Reszcie stanowczo odradzam, bo są lepsze produkcje na radarze.

Chain Chronicle: Haecceitas no Hikari
Link do MALa

Prawdę powiedziawszy, to nie wiem, o co biega z tą bajką. Czy to jakaś adaptacja gry, książki, czy może inwencja twórcza jakiegoś szalonego Japończyka. I w sumie niezbyt mnie to rusza, gdyż byłem świadkiem dość sztampowego kina fanatsy z motywami starymi jak świat. Dla widza stykającego się po raz pierwszy z tym tytułem, produkcja jest mega nudna i dość chaotyczna, bo kupa postaci zalewa ekran, a akcja ślimaczy się mocno. Postacie są sztampowe do bólu i przewidywalne, a ich relacje jakieś takie płowe i bez ambicji i choćby odrobiny pikanterii. Hero fantasy w najnudniejszej formie, jaką można zaserwować widzowi. Co pochwalę? Kreska jest ładna, a szczegółowość w designie postaci czasami wręcz zapiera dech w ustach. Animowanie tego musiało być koszmarem, dlatego wykorzystanie modeli 3d w dalekich scenach było dla mnie zrozumiane. Wypatrzyłem tę sztuczkę, więc chyba się im nie udało, ale pomimo tego CGI wyglądało naprawdę ładnie, wiec chyba nie ma się czego czepiać. To byłoby na tyle. Komu polecę? Fanom epickich serii fanatasy z wieloma postaciami oraz starciami magicznych wojsk. Pozostali powinni czytać dalej – to nie dla was.

Demi-chan wa Kataritai
Link do MALa

Seria nietypowa – a przynajmniej nie taka, jak się spodziewałem. Bardzo memogenna i często goszcząca na różnego rodzaju fanpagach z rakowym contentem (dzięki, Takto). Zadziwiające jest to, że okazała się dość zwykła, jak na tego typu uhonorowanie. Opowiada o nauczycielu, którego bardzo ciekawi prawdziwa natura człekokształtnych potworów – przypominających w pewnym sensie mutantów z x-menów – z tego powodu, dzięki niesamowitemu zbiegowi okoliczności, zagaduje do dziewuszek (swoich uczennic) będących potworzycami i w ten sposób realizuje tytuł tejże produkcji – „Wywiady z Potworzycami”. No okej, ale o co w tym tak naprawdę chodzi? Już tłumaczę. Seria jest okruchami życia z elementami nadnaturalnej fantastyki oraz komedyjki z muśnięciem romansu (ale niestety takiego szkolnego z małolatami). Relacje bohaterów polegają na tym, że nasz główny bohater rozwiązuje po kolei problemy emocjonalne potworzyc i pomaga im się odnaleźć w niecodziennej rzeczywistości – a dokładniej typowych dla nastolatków huśtawek emocji oraz poszukiwania własnej tożsamości. Po rozwiązaniu tych jakże trywialnych spraw, zawsze wygrywa przyjaźń i koleżeństwo. I to chyba tyle z opisu. Nie ma tutaj akcji, a jedynie parę gagów i dramacików. Postacie są iście okruchowo-życiowe, po trochu z każdego wora. Najciekawszy jednak jest główny bohater, nauczyciel. Umięśniony facet o stoickim usposobieniu, który nie pasuje do roli typowego obiektu westchnień uczennic liceum, ale nawet to da się sprzedać w ciekawy sposób przy odrobinie wyobraźni. Jak dla mnie, tylko dzięki niemu byłem w stanie obejrzeć serię do końca bez zanudzenia się na śmierć. Innymi słowy, jest dość średniawo. Komu polecę? Fanom okruch życia z nadnaturalnymi postaciami i lekkim twistem w porównaniu do sztandarowych produkcji z tego gatunku. Nie polecam szukającym akcji, intensywnej dramy ani romansu.

Gabriel DropOut
Link do MALa

Prosta jak budowa cepa komedia z aniołami i demonami. Główny motyw skupia się na tym, że niebiańskie bohaterki okazują się posiadać podłe i zepsute usposobienia, a diablice na odwrót, przyzwoite, trochę naiwne, wywołujące uśmiech na twarzy i może nawet troskę i sympatię. Ogólnie wszystkie sprawy związane z mitologią religijną i wykorzystujące jakieś zaczerpnięte z niej postacie, wywołują pewnego rodzaju emocje w widzu. No ale patrząc na to powierzchownie, humor jest tak niskich lotów, że trudno się tutaj dopatrywać jakiegokolwiek przesłania. Po prostu wrzucono do jednego wora kilka bohaterek o nadprzyrodzonych właściwościach, wymodelowawszy ich charaktery zgodnie z ogólnym kluczem. Akcji tutaj niewiele, rozwoju postaci również. Przez cały czas każda bohaterka prezentuje jeden utarty punkt widzenia na świat i jedyne, co ma bawić, efekty ich starcia ze sobą. Poza tym niewiele tutaj jest. Nie można nawet oczekiwać głębszej fabuły, gdyż odcinki zostały poszatkowane na krótkie epizody. Komu więc polecę? Fanom leciutkich komedyjek bez zobowiązań i żadnego ciężaru gatunkowego. Niektóre postacie były memogenne, co udowodniły mi Internety, dlatego szukających tego typu doznań również zapraszam do seansu. Reszta populacji niech da sobie na wstrzymanie.

Fuuka
Link do MALa

To uczucie, gdy oglądasz sobie seryjkę z wątkiem romantycznym i czerpiesz z niej radość. Może i czasami wątki okazywały się być zbyt dziecinne, a żarty jakby trochę nie na miejscu, ale trójkąt miłosny zawsze na propsie, prawda? I do tego wątek muzyczny. Niby szkolne zespoły są oklepane na maska, ale ładny wokal i dźwięczna muzyka nie przytłaczała, lecz umilała czas, czego chcieć więcej? Rzecz jasna można się przyczepić do obrażalskich i niezdecydowanych bohaterów, płytkiej dramy oraz kiczowatego i przewidywalnego zakończenia, ale fanom szkolnych romansików w sosie muzycznym, na pewno produkcja przypadnie do gustu. Ale jest jedno ale! Pewnie w umiarkowany sposób rozpływałbym się nad produkcją przez tę całą notkę i poleciłbym ją komuś, lecz zbieg okoliczności pozwolił mi zasięgnąć opinii Internautów. I okazało się, że anime zafundowało widzom własne zakończenie, które kompletnie różniło się do ścieżki wyznaczonej przez mangę. A na czym polegała ta różnica? Że {spojler} główna bohaterka, od której imienia pochodzi tytuł tej produkcji, kopie w kalendarz {spojler/}. Ten fakt całkowicie zmienia moją percepcję tego, co właśnie zobaczyłem. Jakbym dostał kopa w jaja z półobrotu. Chwila, to znaczy, że to kiczowate zakończenie zostało na szybko wymyślone? Seo jak zwykle pojechał po całości. Nie zmienia to faktu, że po mangę sięgnę, choćby z samej ciekawości, jak wygląda alternatywna ścieżka w porównaniu do anime. A baja? Zrezygnowawszy z równie wspaniałego motywu, straciła w moich oczach. Dodam na sam koniec, że kreska przypadła mi do gustu, a muzyka wpadła w ucho. Komu polecę? Na pewno ludziom poszukującym romansików bez zobowiązań z ładnymi utworami muzycznymi. Reszta może się przewietrzyć.

Masamune-kun no Revenge
Link do MALa

Motyw zemsty nie jest niczym nowym w twórczości, ale dobrze wykorzystany może pomóc w stworzeniu interesującej historii. W tym przypadku jednak mamy do czynienia ze zwykłą komedyjką romantyczną, która tylko powierzchownie kreuje się na coś poważniejszego – bo w końcu zemsta nie jest niczym pozytywnym. Jestem już starym bajkofanem, ale dałem się nabrać twórcom i pierwsze odcinki oglądałem z autentycznym zaciekawieniem. W pewnym momencie nawet pojąłem, z czym mam do czynienia, i obniżyłem swoje wymagania, ale nawet to nie pomogło tej serii. Gdzieś od połowy bajka przeistacza się w bezpłciową pogoń ciamajdy za upierdliwą księżniczką, która nie otrzymuje klonkluzji – tak, dobrze czytacie, ta żałosna pogoń nie ma konkluzji. Słuchajcie, coś takiego miałoby sens, gdyby doszło do interesującego rozwoju postaci bądź wydarzyłoby się coś godnego odnotowania, ale tutaj żaden z tych elementów nie miał miejsca. Przez 12 odcinków karmiono nas niczym i nagle objawiono wygłodniałym widzom finał będący alegorią środkowego palca. Już pal licho fakt, że motyw zemsty został spartolony koncertowo, ale nawet jako romans i komedia ta baja się nie broni. Główny bohater miał budzić w widzu współczucie i przekonać go, że jego zemsta jest słuszna. Jednak, co z tego, skoro z zemsty niewiele pozostało, a nieporadność naszego herosa jest wręcz zatrważająca. Na każdym kroku robi z siebie debila i nie potrafi porządnie zabrać się do wyznaczonego zadania. Co do upierdliwej królewny - nie mam zbyt wiele do dodania, gdyż jest wkurzająca jak piekący odbyt po ostrym sosie w kebabie. Dodam jedynie, że ordynarnie wykorzystano w jej przypadku przysłowie: „kto się czubi, ten się lubi”, co jeszcze bardziej zrujnowało dla mnie tę postać. Potem pojawiają się jeszcze inne postacie wypadające w moim przekonaniu lepiej od głównej pary, ale rozwodzenie się nad nimi też nie ma sensu, gdyż ich rola okazuje się być lekko zmarginalizowana. Autor oddziela ich grubą kreską i mówi: „Tutaj romansu nie będzie”. Mając to wszystko na uwadze, sądzę, że seria dostała stanowczo za duży budżet jak na zawartość, którą przedstawiła. Reasumując, jestem rozczarowany, ale nie zaprzeczę, że ciekawość z pierwszych odcinków była miłym doznaniem i z tego właśnie powodu bajka nie otrzyma ode mnie najniższych not – zaznaczam, tylko dlatego. Komu polecę? Na pewno fanom szkolnych komedii romantycznych, bo produkcja jest przeznaczona tylko dla nich. Reszcie szczerze odradzam, bo po co marnować sobie życie.

Kobayashi-san Chi no Maid Dragon
Link do MALa

Jedna z najbardziej memogennych bajek w tym sezonie ever. Oczywiście głównie chodzi o małego loli smoka. Moje uczucia są mieszane, co na pewno jest efektem wysokim wymagań, jakie postawiłem tej serii. Po pierwsze średnia na MAL, po drugie studio KyoAni, a po trzecie wspomniana przeze mnie wcześniej popularność na Internetach. Jak to wyszło w praniu? Ja wyobrażałem sobie faceta, do którego lgną smoczyce – bo taki koncept wydaje mi się najbardziej logiczny z punktu widzenia marketingowego. Tyle że twórcy ugryźli temat od dupy strony tak samo jak w przypadku „lesbijskiej orkiestry”, bo co ma miejsce? Smoczyce (samice) zakochują się w babce, a smok (samiec) zamieszkuje u faceta – innymi słowy pomieszczanie z poplątaniem (z jednym wyjątkiem, ale równie zwyrolskim). Nie oczekiwałem żadnego ecchi, ale parringi w obrębie jednej płci wydają mi się sztuczne i niesmaczne. Tyle dobrze, że zamiast wątków stricte romantycznych, dostaliśmy okruchy życia, ale to dalej za mało jak dla mnie. Seria broni się momentami fajnym humorem jak i brakiem oderwania od rzeczywistości, gdyż wszystko ma tutaj ręce i nogi oraz wydaje się logiczne. Do tego mimo slice-of-lifowej sielanki autorzy nie bali się brutalności oraz bardziej rubasznego humoru. Te elementy sprawiły, że pomimo zawodu oglądałem bajkę z zaciekawieniem. Przyznam się, że naiwnie wierzyłem, że nawiąże się jakiś heteroseksualny romans, ale na szczęście nie nawiązało się nic. Również brak fabuły nie pomaga w odbiorze, bo totalnego niczego też nie lubię, a to przeważnie cechuje okruchy życia. Jak ocenię serię? Jest niezwykle ładnie zanimowana (w końcu KyoAni) i nie zaprzeczam, że posiadała potencjał na bycie czymś więcej – zarówno w temacie slide-of-life jak i „słodkie dziewczynki robią słodkie rzeczy”. Niestety, więcej entuzjazmu z siebie nie wykrzeszę, bo mam swe gusta i seria zwyczajnie mi nie podeszła. Polecam ludziom zakochanym w produkcjach KyoAni oraz poszukującym nietuzinkowych okruch życia (tym razem ze smokami w roli głównej).

Hand Shakers
Link do MALa

To już w ogóle kompletny przerost formy nad treścią w stronę sztucznej pompy przesyconej tanimi fajerwerkami i oczojebnnymi laserami. Fabuła jest głupia jak but, a główny motyw trąci na kilometr potworną tandetą. Warstwa wizualna powinna olśniewać i wgniatać w fotel jak to było w przypadku Mardock Scramble oraz K, lecz ktoś przedobrzył i zamiast tego wyszło chaotyczna masa ekskrementów z pojedynczymi złotymi samorodkami. Jedne sceny są cudowne, olśniewając swoją kolorystyką, szczegółowością i dynamiką, zaś inne ogląda się z zażenowaniem z powodu przekombinowania bądź też niedorobienia. Brakuje mi tutaj złotego środka koncertowo spieprzonego przez narcystyczną ekipę, która chyba za bardzo spuszczała się nad swoimi umiejętnościami i możliwościami animatorskimi. W zasadzie oprócz wyglądu niczego tutaj nie ma, więc chyba nie warto zagłębiać się w nieistniejąca fabułą i płytkie postacie, które autorzy chcieli podkolorowywać różnymi zboczeniami i dewiacjami. Wciśnięto tutaj nawet wątki ecchi, by jakoś przyciągnąć widza do ekranu, ale to jedynie pogłębiło tandetność produktu końcowego. Co pozostało? Specyficzna wizualnie i osobliwa animacja nie dająca się oglądać bez częstych przerw dla oczu i mózgu. Czy komuś polecę? Może ludziom zapatrzonym w wizualne fajerwerki w bajkach, gdyż coś takiego chciano tutaj osiągnąć. Czy projekt się powiódł? Niech zainteresowani ocenią sami.

ChäoS;Child
Link do MALa

„This whole show was just a clusterfuck of nonsense” – te słowa dość dobrze opisują, co w zasadzie zobaczyłem na ekranie. ChaosHead przypadł mi do gustu swojego czasu, więc kolaboracji N+ i 5pb wyczekiwałem z dużym zainteresowaniem. StainsGate tylko mnie utwierdził, że tego typu historie naprawdę sprawiają mi wiele frajdy. Niestety, RoboticNotes sprowadził mnie na ziemię, ale dalej nie traciłem nadziei. W zeszłym sezonie pojawił się OcculticNine, który trochę wyłamywał się z konwencji poprzednich produkcji, ale niezaprzeczalnie utrzymywał pikujący w dół trend spadkowy. Jakie było moje zdziwienie, gdy nagle dowiedziałem się o ChaosChild, bezpośrednim sequelu ChaosHead. Z otwartym umysłem i nowymi nadziejami przystąpiłem do seansu, ignorując płynące zewsząd doniesienia o mizernym poziomie tejże produkcji – tak, musiałem się przekonać na własnej skórze. O zgrozo, wszystkie moje obawy się urzeczywistniły i otrzymałem kolejną słabą serię spod dłuta studia 5pb (tym razem bez N+). Dzieje się tutaj wiele, nawet za wiele. Nie brakuje brutalności i szaleństwa, jednak całość wydaje się pusta i płytka. Niektóre tajemnice wydawały się ciekawe, lecz ich konkluzje pozostawiały wiele do życzenia. Powiem dosadniej, w większości zawodziły na całej linii. Najpierw pompowano oczekiwania gęstym jak żelbeton klimatem pikowanym niepokojącymi pytaniami i zagrożeniem ze wszystkich stron, by nagle cisnąć w widza luźną niczym kackupa konkluzją, która zabiła wszelakie emocje i wywołała jedynie rozczarowanie i zawód. Może parę elementów przypadło mi do gustu, ale patrząc na to całościowo, możliwe, że to dzieło przypadku, a nie niezamierzony efekt. Konkluzja? Seria wyłącznie dla desperatów poszukujących na gwałt serii detektywistycznych z wątkami fantastycznymi oraz die-hard fanów ChaosHead i pozostałych produkcji o podobnie brzmiących tytułach. Dla reszty totalny gniot.

Seiren
Link do MALa

Jak prezentuje się Amagami v2? Jak dla mnie podobnie do serii matczynej, no może trochę gorzej. O co tutaj chodzi? Mamy 12-odcinkową bajkę, którą podzielono na 3 części. Każda z epizodów opowiada o jednej z dziewczyn, którą wybrał główny bohater. Innymi słowy to jakby ścieżki VN, a wybór podjęli za nas twórcy anime. Po każdym cyklu historia się restartuje, więc jesteśmy skazani na oglądanie perypetii tego samego ciapowatego głównego bohatera. Czy tego typu formuła się spisuje? Nie sądzę, ale umiarkowana popularność Amagami rozochociła twórców do stworzenia tego samego z innymi bohaterkami. Chyba tyle ode mnie. Polecam fanom romansików bez polotu oraz Amagami SS, z kolei normalni ludzie powinni zobaczyć cokolwiek innego.

All Out!!
Link do MALa

Do sportówek zawsze podchodzę z entuzjazmem, gdyż moja bajkowa praktyka ukazała mi to, że przeważnie są to serie interesujące i łapiące mnie za serce. Tutaj przed seansem nie było inaczej, co jeszcze pogłębił fakt wykorzystania jako głównego motywu nieznanej mi wcześniej z bajek dyscypliny sportu – a mianowicie rugby. To wniosło do serii ciekawą rzecz, a mianowicie przypakowanych bohaterów wręcz ociekających testosteronem. To nie mogło się nie udać, prawda? No właśnie mogło. Okazało się bowiem, że ktoś kompletnie nie miał pomysłu na fabułę i pojechał typowymi schematami, przyozdabiając całość na dodatek potwornie nudnymi postaciami. Kreska jest szpetna, akcja toczy się w głupi i tendetny sposób, a wszystko trąca niemytym susiakiem. Sądziłem, że debiut rugby na dużym ekranie otrzyma adaptację najlepszą z możliwych, a nie pierwszą z brzegu paździerz. Co tu dużo pisać, słabe to jest i odradzam. Wiadomo, nikomu nie mogę niczego zabronić, więc w takim razie ostrzegam, pomyślcie dwa razy, zanim się za to weźmiecie. No chyba, że nie zależy wam za czymś olśniewającym, a jedynie doskwiera wam nadmiar czasu.

Rewrite 2nd Season
Link do MALa

Egzystencjonalne pytanie - czy może się komuś podobać sequel serii, która nie zrobiła na nim żadnego wrażenia? Pewnie jakiś rachunek prawdopodobieństwa wykaże nam pewną szansę, czy raczej cień szansy. Jednakże próżno na taką wątłą szansę liczyć, bądźmy realistami. To, że bajka mi się ogólnie nie podobała, chyba już się domyśliliście, ale postaram się rzetelnie zrelacjonować, o co tak naprawdę tutaj chodzi. Po pierwsze to kompletnie zmienił się klimat ze szkolno-magicznego na magiczno-poważno-brutalny. W VN nie grałem ani nawet koło niego nie stałem, więc kompletnie nie mam pojęcia, o co tutaj chodzi. To pewnie pogorszyło moje doznania, ale muszę pracować na tym, co posiadam. Akcja jest bardzo chaotyczna i miota się z miejsca na miejsce bez ładu i składu. Pojawiają się jakieś postacie, potem znikają. Potem pojawiają się znajome postacie i niczego nie pamiętają (tak, wiem, ścieżki VN), co wprowadza jeszcze większy rozgardiasz. Po paru odcinkach jednak powoli zaczynamy łapać, o co tutaj chodzi i dostrzegamy pewną logikę. Szkoda tylko, że tak późno i z takim marnym skutkiem. Sceny brutalniejsze nawet fajnie się oglądało, bo towarzyszył im dramacik – czasami przesadzony, ale nie ma się czego czepiać. Potem nagle akcja przyśpiesza i bohater staje przed wieloma niemoralnymi wyborami i to też jest fajne. Ale przechodzimy do finału i tam już kompletnie nic nie rozumiemy i pozostawia się nas z domysłami. Wniosek mój jest taki, że seria jest chyba przeznaczona tylko dla ludzi ze znajomością materiału źródłowego, bo zwykły laik jest pozostawiony sam sobie w pontonie na rozszalałym morzu domysłów. Chyba tyle ode mnie. Wnioskuję, że materiał źródłowy miał potencjał, gdyż byle czego nie ekranizują, a i producentem jest Key, więc rozumiecie… Jak nie rozumiecie, to na pewno odradzam wam seansu, a jak rozumiecie, to jeszcze raz się zastanówcie, bo łatwa przeprawa to nie będzie.

Shouwa Genroku Rakugo Shinjuu: Sukeroku Futatabi-hen
Link do MALa

To wymagająca seria. Każdy, kto widział część pierwszą, nie powinien się spodziewać, niczego innego. Kontynuacja przenosi nas do miejsca, gdzie akcję skończyła poprzedniczka, i równym krokiem prowadzić do konkluzji tejże historii. Dlaczego wspomniałem, że to produkcja wymagająca? Ponieważ nie ma w niej typowych elementów z większości bajek, jakie można napotkać na rynku. To seria przeznaczona dla ludzi dojrzalszych, bo skupia się na emocjach oraz przemijaniu ludzkiego życia. Jak dla mnie te elementy zagrały wspaniale. Co mi się z kolei nie podobało, to występy bohaterów na scenie – może nie tyle nie podobały, co lekko męczyły, gdyż kompletnie nie pojmowałem zachwytu publiczności ani pompy, z jaką się to wszystko odbywało. Słuchałem, myślałem, ale niewiele mi to dało, bo konkluzja pozostała ta sama. Dbałość o detale oraz wkład pracy autora, by przygotować tego typu tekst, się chwali, szkoda jedynie, że do mnie, europejskiego barbarzyńcy, to nie trafia. Oczywiście, ktoś może to odebrać inaczej, z tego powodu polecam ludziom otwartym na poważniejsze historie i znudzonym szkolnymi pierdołkami.

Kuzu no Honkai
Link do MALa

Dawno szukałem dobrego romansu, bo lubię ten gatunek, ale przemysł bajko-twórczy nie był pod tym względem dla mnie łaskawy. Jakie okazało się moje zdziwienie, gdy, oglądając pewną serię, która została przez mnie zaszufladkowana jako kontrowersyjny soft-hentaj z powodu wysypu sprośnych gifów, uświadamiłem sobie, że to jeden z najlepszych romansów, jakie było mi dane zobaczyć w ostatnim czasie. Wcale tutaj nie przesadzam i postaram się wytłumaczyć dlaczego. Ta produkcja nie owija w bawełnę i pokazuje uprawianie miłości w dosłownym tego słowa znaczeniu i broń boże nie jest to hentaj. Sceny intymne pokazano tutaj w sposób bardzo elegancki i na dodatek towarzyszące im przemyślenia bohaterów ani przez chwilę nie pozwalają widzowi przypuszczać, że wstawiono je dla taniej podniety. A co więcej, lwia część tychże scen jest wręcz dołująca w swoim tragizmie i rozpaczy bohaterów poszukujących za wszelką cenę ciepłego dotyku uśmierzającego ból ich niespełnionej miłości. Tak, to nie jest lekka historyjka o szkolnej miłostce z happy endem, lecz niemoralna filozoficzna dywagacja młodych ludzi, którzy zaznali okrutnego zauroczenia spisanego z góry na niepowodzenie. Bohaterów jest wielu, a każdego z nich poznajemy poprzez jego monologi i przemyślenia. Praktycznie żaden z nich nie jest taki, jak by się mogło wydawać na początku, co znakomicie buduje akcję i nie pozwala się widzowi nudzić. Oczywiście, jeśli ktoś preferuje oglądać wybuchy i strzelaniny, a nie rozterki dziewczyny ze złamanym sercem, to nie ma czego tutaj szukać. Ależ jakież to są, moi mili, rozterki… W jakiej innej bajce spotkamy postać, która pustkę w sercu wypełnia, puszczając się z każdym napotkanym facetem? Pewnie niektórzy z was mogą zacząć wątpić, czy to na pewno romans, ale uspokajam, że tak jest, gdyż esencjonalne elementy zostały tutaj zachowane. Może nie jest to ortodoksyjny przedstawiciel tegoż gatunku, lecz elementy moralne wątpliwe i dywagacje egzystencjonalne tylko czynią tę serię bardziej interesującą. Ale oczywiście to tylko moje osobliwe przemyślenia, które nie powinny być wyznacznikiem niczego oprócz mojego gustu. Komu się ta seria spodoba? Wydaje mi się, że ludziom poszukującym ciekawych romansów jak i mroczniejszych historii o uczuciach, gdzie nikt nie jest święty, a ludzie wykorzystują się nawzajem dla zaspokojenia własnych pragnień. I to zakończenie… Zamiast podejść do tematu jak wszyscy inni, zafundowano nam coś słodko-cierpkiego z ciekawym filozoficznym przesłaniem. Nie mogę się nachwalić tej serii, ale oczywiście każda róża ma też swoje kolce (jakże ta metafora jest oklepana w recenzjach…). W tym przypadku momentami czułem się przytłoczony klimatem i musiałem sobie zwyczajnie zrobić przerwę od seansu. Oczywiście zdarzało się też, że brak akcji przynudzał, ale momenty tego typu towarzyszyły mi bardzo rzadko. Ogólnie byłem usatysfakcjonowany i polecam. Co zrobicie, to wasza sprawa.

Youjo Senki
Link do MALa

Gdy pierwszy raz usłyszałem o tej serii, nie wiedziałem, co myśleć. Pomysł, by w roli głównego bohatera postawić ośmioletnią dziewczynkę, śmierdział mi już na starcie. Uznałem, że to kolejna japońska fanaberia i dziwactwo mające na celu przyciągnąć do tejże serii rzesze fanów loli oraz innych dewiantów. Coś jednak nie trzymało mi się kupy, bo bohaterka wcale nie jest słitaśna, a wręcz odwrotnie, posiada najgorsze ludzkie cechy, a jakby tego było mało, tak naprawdę nie jest dziewczynką, a facetem uwięzionym w ciele małej dziewczynki. W takim wypadku należy zadać sobie pytanie, po jaką cholerę zastosowano ten zabieg, skoro prosta odpowiedz się tutaj nie sprawdza. Moja teoria jest taka, że autor książki wszystko sobie pragmatycznie rozplanował i stosując takie a nie inne sztuczki pisarskie, może wywoływać u czytelnika określone emocje i przy okazji zaogniać jego ciekawość. U mnie tak było. Pomimo niesmaku intrygowało mnie, co z tego wyjdzie. Albo nadinterpretuję i facet po prostu ma bzika na punkcie wojny oraz małych dziewuszek i zwyczajnie połączył swoje dwie pasje. Co by nie było prawdą, produkcja podeszła w me gusta i to zaskakująco mocno. Pomysł z dziewuszką dalej do mnie nie przemawia, ale dzięki charakterowi, jakim ją obdarzono, przetrawiłem bez problemu jak wygląda. W dużym skrócie - to seria wojenna z magią w tle. Można w niej zakosztować zarówno życia typowego wojaka na froncie, jak i być świadkiem generalskich planów decydujących o losach wojny w ścisłych sztabach dowodzenia. Do tego dochodzą również operacje specjalne oraz wątki z tworzenia nowych machin wojennych – autor jest bardzo elastyczny i korzysta z każdej metody, by fabuła nie nudziła. Animacje są przyzwoite, a kreska brzydka jak noc, co nie przeszkadza, bo żadna z obecnych bohaterka nie ma uwodzić widza swoją urodą. Ma być szpetnie, obskurnie, brudno i brutalnie – w tych dziedzinach kreska sprawdza się idealnie. Fabuła nie jest taka prostolinijna, jak się może wydawać, gdyż wojna jest tutaj jedynie tłem fabuły, a tak naprawdę chodzi o coś innego. Mam na myśli wątek nadnaturalny nie będący wspomnianą przeze mnie wcześniej magią. Powód przeniesienia umysłu dorosłego faceta do ciała dziewczynki jest tutaj osią historii. Kim jest istota wyższa, która bawi się w boga? Nie mam zielonego pojęcia, jak autor to sobie rozplanował ani jak planuje to zakończyć, co na pewno zachęca mnie do obejrzenia kontynuacji. Komu polecę? Na pewno fanom pierwszo i drugowojennych militariów, bo tego na ekranie jest najwięcej. Również negatywnych czy też moralnie niejednoznacznych głównych bohaterów. Jakby się bardzo wysilić, to nawet dałoby się to polecić fanom czarodziejek, ale to chyba byłoby przegięcie z mojej strony. Jeśli ten opis kogoś nie zaintrygował, to niech trzyma się od tej serii z daleka. To tyle, adieu.

Mobile Suit Gundam: Iron-Blooded Orphans 2nd Season
Link do MALa

Po zakończeniu seansu poczułem dziwny ucisk w sercu, jakby smutek połączony z nostalgią przypominał mi o czymś, co przeminęło i już nie powróci. Ganudamy zawsze były dość poważnymi seriami, które, pomimo głupkowatego motywu mechów nie skupiały na nich, a opowiadały o wojnie. To ludzie są najważniejsi, a nie obsługiwane przez nich maszyny wojenne. To założenie nie opuszczało również twórców Iron-Blooded Orphans, a co więcej, fabuła okazała się być wyjątkowo interesująca jak na równie hermetyczną serię. Nie wiem, czy to najbrutalniejszy Gundam, ale trup ścieli się tutaj gęsto i to w obozie A jak i B. I nie jest to dziwne, gdyż główni bohaterowie nie owijają w bawełnę i potrafią zabijać wrogów bez mrugnięcia okiem, co czyni ich takimi samymi mordercami, jak wrogów, z którymi walczą. To właśnie urzekło mnie w tej serii, czysta i nieskrępowana brutalność oraz intensywne emocje. Szkoda jedynie, że drugi sezon wydaje się jakby bardziej chaotyczny niż poprzedni. Logika postaci również jakby lekko kulała, a na horyzoncie coraz wyraźniej majaczą plany autorów, by zakończyć tę epopeję z krwawym hukiem i jeszcze większym niż zazwyczaj stosem trupów. To mnie lekko zasmucało, ale przewidywany przeze mnie soczysty finał nie zawiódł. Oczywiście, każdy ma swoje ale, ja również, niemniej wspomniana przeze mnie wcześniej pustka w sercu jest dowodem na to, że efekt chyba został osiągnięty. Co to dużo pisać, seria jest znakomitym kinem wojennym ze zaszczutymi przez świat sierotami w rolach głównych. Kto oglądał z satysfakcją pierwszy sezon, ten sięgnie po drugi bez żadnej namowy. A jeśli ty nie widziałeś, to nie czekaj, przed tobą kupa frajdy.

Tales of Zestiria the X 2nd Season
Link do MALa

Zwieńczenie epickiej historii o walce ludzi i niebian ze złem. Pozycję zostawiłem sobie na sam koniec, bo sam nie wiedziałem, czy mam zamiar o niej pisać. Wynikało to z pragmatyzmu, miałem mało czasu, a po drugie baja nie urwały mi dupy. Ostatecznie zdecydowałem się do włączenia jej w poczet mych wypocin pomimo faktu, że nie mam niczego odkrywczego do przekazania. To bezpośrednia kontynuacja ze wszystkimi plusami i minusami pierwowzoru. Wizualia są wspaniałe, sycąc oczy na każdym kroku, to samo tyczy się również muzyki. Fabularnie jest natomiast średniawo w stronę nudy i patetyczności. Hero fantasy w najczystszej formie i wcieleniu. Praktycznie wszyscy bohaterowie to postacie o nieskazitelnej osobowości pełni cnót godnych naśladowania. Ścierają się ze złem, które przybrało dość nieokreśloną formę, plugawiąc świat na przeróżne sposoby. Więc niejako nie walczą oni z ludźmi czyniącymi okropności, ale z jakimś tam zepsuciem, które ich do tego zmusiło. Odbiera to temu światu realizm i mrok, który jest bardzo pożądany przez współczesnego widza. Przy równie czarno-białej oprawie, zakończenie tejże historii musi być tak samo jednoznaczne i wyidealizowane. To chyba tyle. Oglądało mi się to w miarę miło, ale to może zasługa tego, że jestem wzrokowcem, i wizualia cenię ponad wszystko. Co by nie było prawdą, polecam fanom sezonu pierwszego bądź też fanom wyidealizowanego hero fantasy.

I to byłoby na tyle. Czy ten sezon był gorszy do zeszłego? Chyba nie, ale poziom znacząco się nie podniósł. Biorąc pod uwagę tendencję spadkową, którą obserwuję ostatnimi czasy, można nawet powiedzieć, że było dobrze. Chyba przesadzam. To byłoby na tyle z tego sezonu. Kolejny zapowiada się srogo z powodu hiciorów, jakie mają się pojawić. Pożyjemy, zobaczymy. Do następnego!

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Wygenerowano w sekund: 0.09
712,216 unikalne wizyty